Wynik głosowania z 19 kwietnia 2026 r. przyniósł partii Postępowa Bułgaria Rumena Radewa 1 444 920 głosów, czyli 44,594% poparcia, oraz 131 mandatów w 240-osobowym Zgromadzeniu Narodowym. Dało to byłemu prezydentowi mandat do samodzielnego sprawowania rządów, jakiego Bułgaria nie miała od niemal trzech dekad.
Dla Ukrainy ta wiadomość jest niepokojąca nie tylko ze względu na wieloletnią retorykę Radewa wobec Rosji. Problem jest szerszy: czy w UE i NATO pojawia się nowy gracz zdolny przejąć rolę Viktora Orbána w blokowaniu decyzji dotyczących wojny, sankcji i bezpieczeństwa europejskiego. Odpowiedź jest bardziej złożona niż głośna etykieta: ryzyko istnieje, ale mechaniczna analogia z Budapesztem nie działa.
W skrócie
- Radew uzyskał bezwzględną większość parlamentarną, ale nie większość niezbędną do konstytucyjnej przebudowy systemu.
- Partia Odrodzenie weszła do parlamentu ledwie ponad progiem wyborczym i nie wygląda już na samodzielne centrum prorosyjskiej mobilizacji.
- Zwycięstwo Radewa było wynikiem nie tylko geopolityki, lecz przede wszystkim przedłużającego się kryzysu rządowego, zmęczenia korupcją i społecznego niezadowolenia.
- Dla Kijowa głównym ryzykiem nie jest natychmiastowe zerwanie Sofii z UE czy NATO, ale koncentracja władzy, dwuznaczna retoryka i słabość opozycji.
- Bułgarski sektor obronny, powiązany z ukraińskim popytem i europejskim rynkiem, ogranicza możliwość gwałtownego zwrotu antyukraińskiego.
Co pokazały wyniki głosowania
Oficjalny wynik wyborów jest jednoznaczny. Do parlamentu dostało się tylko pięć sił: GERB-SDS (Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii – Sojusz Sił Demokratycznych, w języku bułgarskim: ГЕРБ-Съюзът на демократичните сили) – 433 755 głosów i 39 mandatów; Kontynuujemy zmiany – Demokratyczna Bułgaria (w języku bułgarskim: PP–DB: Коалиция „Продължаваме промяната – Демократична България“) – 408 846 głosów i 37 mandatów; „DPS” (Ruch na rzecz Praw i Wolności: Движение за права и свободи) – 230 693 głosy i 21 mandatów; Odrodzenie (w języku bułgarskim: Възраждане) – 137 940 głosów i 12 mandatów; a Postępowa Bułgaria (Прогресивна България) – 1 444 920 głosów i 131 mandatów.
Centralna Komisja Wyborcza ustaliła czteroprocentowy próg wyborczy na poziomie 129 606,24 głosu. W praktyce oznacza to, że Odrodzenie utrzymało się w parlamencie z zapasem mniejszym niż 8,4 tysiąca głosów.
Najważniejsza jest tu nie sama skala zwycięstwa, lecz fakt, że Bułgaria wyszła z modelu rozdrobnionego parlamentu. Po serii krótkotrwałych rządów, kryzysowych koalicji i przedterminowych kampanii Sofia po raz pierwszy od dawna otrzymuje rząd jednopartyjny. Jednak 131 posłów to granica stabilności rządowej, a nie carte blanche na zmianę zasad funkcjonowania państwa. Właśnie dlatego zwycięstwo Radewa zarazem uspokaja część bułgarskiego społeczeństwa, zmęczonego chaosem, i niepokoi tych, którzy dostrzegają ryzyko nadmiernej koncentracji władzy.
Symboliczne jest również to, że niemal cała stara klasa polityczna znalazła się w defensywie. Partia Bojka Borisowa zachowała miejsce w parlamencie, ale straciła monopol na rolę głównego prawicowego menedżera władzy. PP-DB pozostały ważne, ale nie stały się alternatywnym biegunem przyciągania. Radykalnie prorosyjskie Odrodzenie formalnie przetrwało, ale nie dyktuje już porządku dziennego. To ważna zmiana dla całej regionalnej debaty: prorosyjski elektorat w Bułgarii nie zniknął, lecz przestał być związany wyłącznie z jedną, otwarcie kremlowską niszą.
Dlaczego Bułgarzy dali Radewowi samodzielny mandat
Te wybory były głosowaniem nie tyle za ideologiczną czystością, ile przeciwko starej machinie politycznej. Bułgaria weszła w cykl wyborczy wyczerpana: krótkotrwałe rządy, chwiejne koalicje, przedterminowe kampanie, skandale korupcyjne, protesty uliczne i poczucie, że klasa polityczna od lat nie oferuje ani reform, ani elementarnej zdolności do sprawnego rządzenia. Radew wszedł w ten moment nie jako nowicjusz, ale jako najbardziej rozpoznawalny polityk w kraju, który od dawna stał ponad walkami partyjnymi, a jednocześnie kontrolował logikę gabinetów tymczasowych.
Dr Piotr Pietrzak, badacz teorii stosunków międzynarodowych, teorii wojny sprawiedliwej, geopolityki, geoekonomii i filozofii politycznej, związany z Akademią Finansów i Biznesu Vistula oraz think tankiem In Statu Nascendi, ujmuje to dosadnie: Radew wygrał nie dlatego, że jest prorosyjski, ale dlatego, że dla znacznej części wyborców alternatywą pozostawały stare, skompromitowane siły. W tej ocenie jest coś, co często ginie w zachodnim i ukraińskim szumie medialnym: wyborca w Bułgarii głosował za wyjściem z kryzysu, a nie za zmianą cywilizacyjnej przynależności państwa.
Pietrzak zwraca też uwagę na społeczny wymiar tej kampanii. Spór wokół euro, inflacji i kosztów życia okazał się dla wielu Bułgarów bliższy niż wielkie rozmowy o geopolityce.
W tej logice Radew nie wyglądał na ideologa Kremla, lecz na pragmatyka, który obiecuje zmniejszyć polityczny chaos, okiełznać korupcyjne powiązania i przywrócić państwu zdolność do podejmowania decyzji.
Rządy tymczasowe stały się dla Radewa szkołą władzy
Dr Darin Drossew, prezes Instytutu Badań nad Integracją, zwraca uwagę na inną stronę tego zwycięstwa. Według niego długotrwały kryzys polityczny pozwolił Radewowi zgromadzić wpływy dzięki trzem rządom tymczasowym, a obecny sukces opiera się nie tylko na fali wyborczej, lecz także na budowanym przez lata bliskim otoczeniu. To istotne, ponieważ wyjaśnia, dlaczego jego ruch tak łatwo stał się głównym centrum przyciągania dla bardzo różnych grup – od proeuropejskich wyborców rozczarowanych starymi elitami po część elektoratu o nastawieniu prorosyjskim.
„Mamy do czynienia z radykalnie inną falą” – mówi Drossew. Widzi jednak w niej również słabość: frakcja parlamentarna Radewa jest duża, ale nie ma wystarczającego doświadczenia legislacyjnego i może okazać się zależna od wąskiego kręgu osób, które będą podejmować decyzje bez rzeczywistej wewnętrznej dyskusji. Właśnie tutaj przebiega granica między stabilizacją a ryzykiem. Radew rzeczywiście dał Bułgarii pion decyzyjny tam, gdzie wcześniej panował paraliż. Ale ten sam pion może szybko stać się pokusą zamknięcia władzy w wąskim kręgu osób bez odpowiedniej równowagi politycznej.
Dlaczego analogia z Orbánem upraszcza rzeczywistość
Porównanie Radewa z Orbánem jest zrozumiałe politycznie: obaj posługują się językiem interesu narodowego, krytykują część brukselskiego programu i próbują wykorzystywać zmęczenie społeczeństwa wojną oraz presją gospodarczą. Ale na tym podobieństwa właściwie się kończą.
Po pierwsze, Radew nie ma większości konstytucyjnej. Jego 131 mandatów z dużym zapasem wystarcza do utworzenia rządu, ale nie wystarcza do głębokiej przebudowy architektury sądowej lub antykorupcyjnej bez doraźnych porozumień z siłami proeuropejskimi, przede wszystkim z PP-DB. Po drugie, wywodzi się on nie z prawicowo-populistycznej tradycji Orbána, lecz ze środowiska lewicowo-postkomunistycznego. Po trzecie, Bułgaria jest znacznie silniej uzależniona od finansowania europejskiego, niż pozwala sobie przyznać retoryka przedwyborcza. Wreszcie, Radew jest byłym generałem sił powietrznych, który studiował w USA i budował karierę w zachodnim kontekście bezpieczeństwa.
Zdaniem dra Pietrzaka, „porównania z Orbánem są nie na miejscu”. Jego argument jest prosty: Bułgaria nie może sobie pozwolić na długotrwały konflikt z Brukselą, ponieważ bez europejskich pieniędzy i zewnętrznej legitymizacji Radew nie zrealizuje własnych obietnic społeczno-gospodarczych.
Nie czyni go to automatycznie politykiem proukraińskim, ale zawęża mu pole manewru w stylu Orbána. Ponadto Radew, w przeciwieństwie do Roberta Ficy, nie musi budować władzy w koalicji z ultraprawicowymi, antyukraińskimi partnerami, a zatem nie znajduje się pod taką samą presją wewnętrzną ze strony otwarcie antykijowskiego partnera.
Jest tu też jedna ważna korekta do retoryki przedwyborczej. Radew rzeczywiście dawał do zrozumienia, że Sofia nie powinna blokować 90-miliardowej pożyczki UE dla Ukrainy. Jednak ramy prawne tego mechanizmu pokazują bardziej złożony obraz: z zobowiązań budżetowych w ramach Ukraine Support Loan wyłączono Czechy, Węgry i Słowację, podczas gdy Bułgaria, zgodnie z dokumentami Rady UE, należy do grona 25 państw uczestniczących w mechanizmie wzmocnionej współpracy. Oznacza to, że bułgarska ostrożność istnieje, ale nie jest tożsama z prawem weta Orbána. To zasadnicza różnica, o której warto pamiętać zarówno w Kijowie, jak i w europejskich stolicach.
Co to oznacza dla Ukrainy
Najprostszym, a zarazem najniebezpieczniejszym błędem jest przekonanie, że zwycięstwo Radewa automatycznie zamienia Bułgarię w narzędzie Kremla. Interes Ukrainy w sprawie bułgarskiej dotyczy nie tylko dyplomacji, lecz także produkcji. Bułgarski przemysł obronny od dawna jest zintegrowany z dostawami dla Ukrainy oraz dla tych państw europejskich, które zbroją Ukrainę. Jedna kampania wyborcza nie zerwie tej więzi.
„Praktycznie wszystkie kraje, które chcą pomóc Kijowowi, kupują amunicję właśnie tutaj, ponieważ Bułgaria faktycznie ją produkuje” – podkreśla Pietrzak. Nie chodzi tylko o stare radzieckie kalibry. Bułgaria sfinalizowała już duży projekt z firmą Rheinmetall i Wazowskimi Zakładami Budowy Maszyn w bułgarskim Sopocie, dotyczący prochu i amunicji kalibru 155 mm, a sam segment produkcyjny coraz mocniej włącza się w europejski przemysł obronny. W takiej konfiguracji gwałtowny zwrot przeciwko Ukrainie oznaczałby cios dla własnych producentów, miejsc pracy i długoterminowych kontraktów.
Drossew patrzy na to jeszcze bardziej dosadnie: Radew może sobie pozwolić na „grę z dobrze kontrolowanym ogniem” w retoryce, ale raczej nie zaryzykuje rzeczywistych kroków sprzecznych z europejską strategią wsparcia Ukrainy. W przeciwnym razie szybko spotka się jednocześnie z protestami wewnętrznymi, presją zewnętrzną i kryzysem zaufania ze strony tych, którzy głosowali na niego jako na menedżera stabilności, a nie na niszczyciela więzi z Zachodem.
Dla Kijowa wynika z tego trzeźwy wniosek. W najbliższej perspektywie niebezpieczeństwo nie polega na tym, że Sofia nagle zamknie wszystkie kanały współpracy. Leży gdzie indziej: w wolniejszym podejmowaniu decyzji, w próbach rozmywania formuł politycznych, w grze tematami „tańszego gazu”, „zmęczenia wojną” i „pragmatycznego dialogu”. Bułgaria pod rządami Radewa może stać się nie tyle placówką otwartego sabotażu, ile areną łagodniejszej, ale wciąż szkodliwej zmiany ram dyskusji.
Gdzie leży prawdziwe ryzyko
Najpoważniejsze zagrożenie wiąże się nie z natychmiastową zmianą orientacji geopolitycznej, ale z wewnętrzną strukturą władzy. Drossew otwarcie mówi o ryzyku autorytarno-populistycznej koncentracji, jeśli słaba opozycja nie zdoła się przebudować i narzucić Radewowi rzeczywistej kontroli politycznej. Jego blok parlamentarny jest duży, ale ukształtowany raczej wokół ruchu niż wokół ugruntowanej partii. W takim modelu personalizacja decyzji i zamknięcie władzy w rządzącej „bańce” stają się nie odchyleniem, lecz niemal naturalną tendencją.
Osobnym tematem jest rosyjska propaganda. To właśnie ona jest zainteresowana przedstawieniem Radewa jako nowego Orbána, nawet jeśli sam Radew nie posunie się tak daleko, jak oczekuje się tego w Moskwie. Dla Kremla ideologia już dawno stała się sprawą drugorzędną. Odpowiadają mu zarówno otwarcie skrajnie prawicowe siły, takie jak „Odrodzenie”, jak i postkomunistyczne sieci oraz skorumpowane grupy status quo, o ile podważają one zaufanie do UE, osłabiają konsensus w sprawie Ukrainy lub przenoszą dyskusję z bezpieczeństwa na temat normalizacji stosunków z Rosją. Przypadek Bułgarii pokazuje właśnie to: Moskwa może jednocześnie grać na radykalnym skrzydle i na złagodzonej, „pragmatycznej” retoryce, jeśli obie te linie osłabiają europejską jedność.
Dlatego zachodnia, polska i częściowo ukraińska formuła medialna prorosyjski = nowy Orbán jest zbyt uproszczona. Pomija to, co najważniejsze: w Bułgarii wpływ rosyjski przejawia się nie tylko poprzez etykiety partyjne, lecz także poprzez pamięć historyczną, niezadowolenie społeczne, medialne obrazy „silnego państwa”, temat taniej energii oraz brak wysokiej jakości wewnętrznej opozycji. Właśnie w takim środowisku dwuznaczny polityk, taki jak Radew, może być jednocześnie ograniczony i niebezpieczny.
Jesienią ta logika zostanie poddana nowej próbie. Jeśli obóz Radewa rozszerzy kontrolę również na wymiar prezydencki, Bułgaria wejdzie w cykl, w którym nie będzie już mowy o nowym Orbánie, ale o nowej konfiguracji władzy z bardzo słabymi mechanizmami hamującymi. Dla Kijowa oznacza to konieczność uważnego obserwowania nie tylko oświadczeń Sofii dotyczących polityki zagranicznej, ale także wewnętrznej architektury władzy w samej Bułgarii.
Wnioski
Dla Ukrainy odpowiedź musi być chłodna, bez paniki i bez samooszukiwania się. Radew nie jest zwykłą kopią Orbána: nie ma większości konstytucyjnej, nie opiera się na tej samej platformie ideologicznej, nie jest zależny od skrajnie prawicowej koalicji i działa w kraju głęboko wplecionym w europejskie finanse oraz rynek obronny.
Nie oznacza to jednak, że jego zwycięstwo jest bezpieczne. Prawdziwe ryzyko tkwi w koncentracji władzy, w pokusie zastąpienia reform populistycznym zarządzaniem oczekiwaniami, w słabości opozycji oraz w zdolności rosyjskiej propagandy do wykorzystania każdej szczeliny wewnątrz UE i NATO. Właśnie dlatego Radewa należy obserwować nie przez pryzmat głośnych obrazów, lecz konkretnych decyzji: jak Sofia będzie głosować w Brukseli, co stanie się z kontraktami obronnymi, jak zmieni się system sądowniczy i czy Bułgaria będzie w stanie uniknąć ponownego skupienia władzy w jednym projekcie politycznym.
Autor: Artur Żak








