Na posiedzeniu klubu Wałdaj Władimir Putin znowu mówił o Ukrainie. Tyle że Ukraina była w tym wystąpieniu scenografią, a nie adresatem. Adresatem byliście wy. Mowa o społeczeństwach Zachodu, które wybierają rządy, finansują obronność i od ponad czterech lat zastanawiają się, czy ta wojna to na pewno ich sprawa. Putin już nie tłumaczy Zachodowi swojej wojny. Wystawia mu rachunek. Dołącza do niego regulamin: czego nie wolno było robić, czego nie wolno robić dziś i co się stanie, jeśli nie posłuchacie.
Na sesji plenarnej klubu „Wałdaj”, Putin oznajmił, że to nie Rosja zaczęła wojnę, tylko z Rosją zaczęto wojować. A potem odczytał wyliczankę:
Nie należało latami podsycać agresywnego nacjonalizmu i rusofobii na Ukrainie, by zrobić z niej narzędzie walki z Rosją. Nie należało NATO zaczynać wojskowego zagospodarowywania naszych historycznych terytoriów, planować tam swoich baz. Nie należało popychać radykałów w Kijowie do zamachu stanu, a potem pompować nielegalnego reżimu bronią ofensywną. Nie należało układać planów obozów koncentracyjnych dla mieszkańców Donbasu i Krymu. (…) Jest jeszcze bardzo wiele takich „nie należało”.
Taki język niczego nie wyjaśnia, tylko zgłasza roszczenie. Kto mówi „nie należało” o decyzjach suwerennych państw, zakłada, że miał prawo je zatwierdzać.
Mechanizm jest stary i dlatego skuteczny: wystarczy odwrócić związek przyczynowy. Agresja staje się reakcją. Ukraina przestaje być podmiotem i staje się narzędziem. Przyjęcie państwa, które samo prosi o członkostwo, zamienia się w „zagospodarowywanie historycznych terytoriów”. Pomoc dla napadniętego staje się wojną z Rosją, a sankcje atakiem, choć są skutkiem. W tej wersji historii napastnik okazuje się ofiarą. Bardzo wygodne. Sąsiad najwyraźniej powinien był bardziej uważać, gdzie mieszka.
Wojna nie zaczęła się 24 lutego 2022 r. Zaczęła się w lutym 2014 r., kiedy żołnierze bez dystynkcji zajęli budynki krymskiego parlamentu. Putin sam to zresztą opowiedział: w filmie wyemitowanym w marcu 2015 r. wspominał, jak nad ranem 23 lutego 2014 r. polecił „rozpocząć prace nad powrotem Krymu”. Potem był Donbas, rosyjscy „urlopowicze”, Iłowajsk i Debalcewe. Potem pełnoskalowa inwazja. Żadna z tych dat nie wymaga interpretacji. Wystarczy kalendarz.

A „podżegający” Zachód? Według stenogramu posiedzenia ukraińskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony z 28 lutego 2014 r. zagraniczni partnerzy prosili Kijów, by nie wykonywał żadnych ruchów. Ołeksandr Turczynow wspominał telefony z prośbą o odwołanie mobilizacji, bo Ukraina rzekomo „prowokuje Rosję”.
Ukraina zaatakowana w 2014 r. miała zresztą w ustawie zapisany status pozablokowy, przyjęty w 2010 r., za Janukowycza. Rada zrezygnowała z niego w grudniu 2014 r., a kurs na NATO wpisano do konstytucji w 2019 r. Najpierw była aneksja, potem NATO, nie odwrotnie. Putin powołał się na posiedzeniu na deklarację suwerenności z 1990 r., w której Ukraina zapowiadała neutralność. Pominął drobiazg: Rosja zaatakowała Ukrainę neutralną.
NATO? Ukraina nie dostała Planu Działań na rzecz Członkostwa ani w Bukareszcie w 2008 r. (zablokowały go Niemcy i Francja), ani nigdy później. Żadna administracja w Waszyngtonie, od Obamy przez Trumpa po Bidena, nie forsowała szybkiej ścieżki. Formalnie obowiązywały „otwarte drzwi”, w praktyce była to poczekalnia bez terminu. Teza o „historycznych terytoriach” zakłada coś, czego nie ma w żadnym traktacie: rosyjskie prawo weta wobec polityki sąsiadów. Rosja podpisywała dokumenty mówiące dokładnie co innego, od memorandum budapeszteńskiego z 1994 r. po stambulską Kartę bezpieczeństwa europejskiego OBWE z 1999 r., gwarantującą każdemu państwu swobodę wyboru sojuszy. Moskwa po raz kolejny informuje suwerenne państwa, jak powinny korzystać ze swojej suwerenności.

„Broń ofensywna”? Przed 24 lutego 2022 r. zachodnie dostawy to przede wszystkim amerykańskie Javeliny, dostarczane od 2018 r. (administracja Obamy broni śmiercionośnej odmawiała). Do tego doszły brytyjskie NLAW i Stingery z państw bałtyckich, które dotarły na przełomie stycznia i lutego 2022 r., gdy rosyjskie dywizje stały już przy granicy. Niemcy zaproponowały wtedy 5 tys. hełmów. Na czołgi zachodniej konstrukcji Zachód zgodził się dopiero w styczniu 2023 r., po miesiącach przeciągania liny. Jak na wieloletni spisek szykujący ofensywę na Moskwę, zaskakująco dużo w nim broni do zatrzymywania czołgów i strącania samolotów.
„Agresywny nacjonalizm”? W 2019 r. Ukraińcy wybrali 73 proc. głosów rosyjskojęzycznego komika z Krzywego Rogu, z rodziny żydowskiej, który obiecywał zakończenie wojny. Zełenski odblokował format normandzki i wymiany jeńców, doprowadził do rozdzielenia sił pod Złotem i Petriwskim. Zgodził się też na formułę Steinmeiera, choć wywołało to protesty w Kijowie i nie tylko. Trzy lata później rosyjska telewizja zrobiła z niego twarz „nazistowskiego reżimu”. Rusofobia, która wybiera rosyjskojęzycznego kandydata pokoju, to doprawdy osobliwa odmiana rusofobii.
Donbas: liczby kontra literatura
Putin mówi o czołgach, rakietach, samolotach i paleniu żywcem. Dane ONZ są mniej literackie. Biuro Wysokiego Komisarza NZ ds. Praw Człowieka (OHCHR) odnotowało w 2021 r. 25 zabitych cywilów, najmniej w całym okresie konfliktu. To liczba z obu stron linii rozgraniczenia, łącznie z ofiarami min i niewybuchów. Łącznie w latach 2014–2021 OHCHR zarejestrowało 3106 cywilnych ofiar śmiertelnych, w ogromnej większości z lat 2014–2015, kiedy Rosja tę wojnę rozpalała.

Każda z tych śmierci to tragedia i nie ma powodu jej pomniejszać. Ale ludobójstwo wygląda inaczej. Od 24 lutego 2022 r. ONZ zweryfikowała ponad 17 tys. zabitych cywilów i sama zastrzega, że rzeczywista liczba jest wyższa. W Hrozie w październiku 2023 r. jedna rakieta zabiła 59 osób zebranych na stypie. W Sumach w Niedzielę Palmową 2025 r. dwie rakiety balistyczne zabiły 35 osób. Armia, która według Putina nigdy jako pierwsza nie atakowała obiektów cywilnych, potrafi przekroczyć roczny bilans Donbasu z 2021 r. jednym uderzeniem.
A „obozy koncentracyjne”? Na posiedzeniach Klubu „Wałdaj”, ani nigdzie indziej, nie zaprezentowano żadnego dokumentu, rozkazu ani lokalizacji. Przez lata też nie. Dobrze udokumentowany jest natomiast inny system: rosyjska „filtracja”. Laboratorium Badań Humanitarnych Uniwersytetu Yale zidentyfikowało w 2022 r. co najmniej 21 miejsc w obwodzie donieckim i wokół niego, w których Rosja i podległe jej formacje przesiewały i przetrzymywały Ukraińców. Po jednej stronie mamy oskarżenie bez dowodów, po drugiej dowody. Klasyczna projekcja.
Mińsk: w którym punkcie, panie Putin?
Najciekawszy fragment padł przy porozumieniach mińskich. Putin stwierdził, że sens części postanowień sprowadzał się do prawa południowego wschodu do odłączenia się, jeśli Ukraina pójdzie do NATO. Przyznał, że to ujęcie „bardzo dosadne”, i powołał się na „artykuł dziewiąty”.
Sprawdźmy! Pakiet środków z 12 lutego 2015 r., zatwierdzony rezolucją RB ONZ nr 2202, ma 13 punktów. Słowo „NATO” nie pada w nim ani razu. Punkt 9 dotyczy przywrócenia rządowi Ukrainy pełnej kontroli nad granicą państwową w całej strefie konfliktu. Punkt 11 dotyczy reformy konstytucyjnej z decentralizacją i stałej ustawy o specjalnym statusie niektórych rejonów. Przypis wylicza m. in. amnestię, kwestie językowe, „milicję ludową” i współpracę transgraniczną z regionami Rosji. Prawa do secesji nie ma. Klauzuli natowskiej nie ma. Jest za to deklaracja przywódców dołączona do pakietu, przyjęta także przez Putina, która potwierdzała pełne poszanowanie suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy.
Uczciwie trzeba dodać, że w Kijowie specjalny status uchodził za konia trojańskiego: mechanizm, przez który sterowane z Moskwy enklawy mogłyby hamować kurs całego państwa. Na tym zapewne opierała się rosyjska nadzieja. Ale nadzieja to nie zapis. Skoro taki był sens porozumień, to w którym punkcie go zapisano? W dokumencie, pod którym podpisała się Rosja, punkt 9 oddaje granicę Ukrainie.
Konkluzje paryskiego szczytu normandzkiego z 9 grudnia 2019 r., opublikowane również na stronie Kremla, mówią o specjalnym statusie i o wpisaniu formuły Steinmeiera do ukraińskiego prawa. O NATO nie ma tam ani słowa. Zełenski stawiał sprawę jasno: żadnych wyborów pod lufami karabinów maszynowych. Najpierw bezpieczeństwo, wycofanie wojsk i granica. Proces miński ostatecznie pogrzebała decyzja Moskwy z 21 lutego 2022 r. o uznaniu „DRL” i „ŁRL”, trzy dni przed inwazją. Według Putina porozumienia wyrzucili do kosza Kijów i jego „zachodni sponsorzy”. Tyle że kosz stał na Kremlu.

Po co ta cała konstrukcja? Moim zdaniem nie dla Ukraińców, bo oni wiedzą, kto do nich strzela. Jest przeznaczona dla Europejczyków i Amerykanów, którzy mają uwierzyć w trzy rzeczy. Że wojna to reakcja, a nie decyzja. Że wsparcie dla Ukrainy to współudział. I że rachunek za ten współudział może przyjść do nich osobiście.
Tego samego wieczoru Putin powiedział, że Ukraina nie może istnieć samodzielnie, a jej neutralność pozostaje jednym z celów Rosji. Rosja oskarża Zachód, że chce jej „strategicznej klęski”, i jednym tchem odmawia sąsiadowi prawa do samodzielnego bytu. To nie Kijów pisał w lipcu 2021 r. esej o „historycznej jedności” dwóch narodów. To był Putin. Pół roku później wysłał armię, żeby tę „jedność” egzekwować.
„Nie należy stawiać sobie za cel strategicznej klęski Rosji, jeśli oczywiście chcemy żyć”. Uwaga na formę: „chcemy”, nie „chcecie”. Putin od razu dodał, że żyć chcą wszyscy, i zaapelował, by żyć w zgodzie. Sam ten cytat nie jest groźbą atomową. To zdanie o wspólnym losie, tyle że wypowiedziane przez człowieka, który o jednej stronie tego losu decyduje.
Dzień wcześniej Reuters opisał nieformalny dokument (non-paper), który Rosja przekazała NATO. Według agencji Moskwa zapowiada w nim gotowość użycia całego arsenału, łącznie z bronią jądrową, jeśli Sojusz spróbuje odizolować obwód królewiecki, oraz uderzeń w centra decyzyjne państw członkowskich od początku konfliktu. NATO potwierdziło otrzymanie dokumentu i odpisało, że jest sojuszem obronnym, a żadne jego ćwiczenia nie zagrażają Rosji. Ambasada Rosji w Irlandii, cytowana przez TASS, napisała to publicznie: cały arsenał, łącznie z jądrowym, i ryzyko wczesnych uderzeń w ośrodki decyzyjne Sojuszu.
W przemówieniu Putin zapewnił, że oświadczenie MSZ i rozesłane pisma nie są zastraszaniem, lecz odpowiedzią na próbę zastraszenia Rosji, i że nie ma w nich mowy o broni jądrowej. Uprzedził, że Zachód „wyrwie to z kontekstu”. Dodał: „Nikomu nie grozimy, mówimy tylko, że narzędzi obrony nie mamy aż tak wiele”. Chwilę później mówił, że jeśli dojdzie do bezpośredniego ataku na Rosję („w tym przypadku chodzi o Królewiec, ale może i o jakieś inne terytoria”), nieuchronnie i natychmiast pojawi się kwestia użycia całego uzbrojenia, jakim dysponuje Rosja. Do tego takich środków rażenia jak Rosja nie ma dziś nikt. Narzędzi niewiele, ale za to unikatowe.

Potem był Czechow: jeśli na początku przedstawienia na ścianie wisi strzelba, musi wystrzelić. „Musimy tego uniknąć”, dodał Putin. Ostrzegł też, że moment, w którym nie da się już niczego zmienić, może nadejść nagle, dla wszystkich.
Dzień wcześniej rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa, pytana o polskie plany produkcji pocisków do Patriotów, ogłosiła, że zakłady w Europie produkujące broń dla Ukrainy są dla Rosji potencjalnymi celami wojskowymi. Putin na posiedzeniu klubu „Wałdaj” zastrzegł, że nie mówi, iż Rosja zamierza w nie uderzać, ale to zagrożenie i Moskwa uważnie je śledzi.
Na koniec zapewnił, że Rosja nie zamierza nikogo atakować ani w 2029, ani w 2030, ani w 2050 roku.
Putin zapewnia, że Rosja nikogo nie zamierza atakować. Chwilę później przypomina, czym może zaatakować. Wpadka? Raczej metoda. Zaprzeczenie groźby jest częścią groźby: pozwala straszyć i jednocześnie oskarżać o „wyrywanie z kontekstu” każdego, kto zauważy, że ktoś tu straszy.
Dla porządku: w połowie lutego 2022 r. ta sama Zacharowa prosiła zachodnie media o opublikowanie harmonogramu „naszych inwazji” na ten rok, bo chciała zaplanować urlop. Nieco ponad tydzień później rosyjskie kolumny jechały na Kijów. Daty 2029, 2030 i 2050 warto czytać z tym kalendarzem w ręku.
Ciepła wanna
Najwygodniejsza odpowiedź na Wałdaj brzmi: teatr. Straszy, bo musi. Mówi do swoich. Licytuje przed negocjacjami. Może. Tylko że problemem nie jest dziś to, czy Zachód Putinowi wierzy. Problemem jest to, czy słucha, jak on sam ten konflikt definiuje. A definiuje go coraz wyraźniej: jako konfrontację z Zachodem, w której Ukraina jest frontem, a nie celem samym w sobie.
Ciepła wanna to przekonanie, że wojna zostanie na Ukrainie. Że Rosja nie pójdzie dalej. Że każde ostrzeżenie to blef. Że bezpieczeństwo Europy istnieje niezależnie od tego, jak ta wojna się skończy. I że wystarczy unikać eskalacji, żeby eskalacja nigdy nie nadeszła.
To nie jest wezwanie do wojny. To wezwanie do słuchania, ponieważ jeśli coś wygląda jak kaczka, pływa jak kaczka i kwacze jak kaczka, to prawdopodobnie jest kaczką.
Putin mówi do Zachodu jak do strony konfliktu. Wy wciąż sprawdzacie, czy to nie pomyłka w adresie.
Wyjdźcie z wanny. Nie po to, żeby iść na front. Po to, żeby zobaczyć, co wisi na ścianie.
Autor: Artur Żak








