„Rosjanie starają się zrobić wszystko, żeby utrudnić rozminowanie”: historia pirotechnika Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, który pracuje tam, gdzie ziemia skrywa niebezpieczeństwo

Nikt nie ma prawa poganiać pirotechnika – to wyłącznie jego odpowiedzialność i jego decyzja, kiedy przedmiot wybuchowy można uznać za bezpieczny. Tam, gdzie od jednego ruchu może zależeć ludzkie życie, pracują pirotechnicy.

Kierownik oddziału pirotechnicznego Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych (DSNS) w jednym z regionów Ukrainy pełni tę funkcję od stosunkowo niedawna, ale zdążył już odbyć siedem wyjazdów służbowych do regionów przyfrontowych, żeby życie mieszkańców było choć trochę bezpieczniejsze. Młody człowiek opowiada, w jakich warunkach przychodzi mu pracować i dlaczego rozminowanie terytorium Ukrainy może trwać latami.

W skrócie:

  • Denys ma 23 lata, a już od ponad dwóch lat pracuje jako kierownik oddziału pirotechnicznego w DSNS Ukrainy.
  • W ciągu ponad dwóch lat chłopak odbył siedem wyjazdów służbowych do różnych przyfrontowych regionów Ukrainy.
  • Życie w na wpół zniszczonych budynkach, ograniczony dostęp do żywności – to warunki, w jakich pracują ukraińscy pirotechnicy.
  • Rosyjscy żołnierze modyfikują urządzenia wybuchowe, co zamienia rozminowanie w grę opartą na intuicji.
  • Usunięcie jednego przedmiotu wybuchowego może trwać cały dzień z powodu ryzyka opóźnionej detonacji, a to tylko jeden z przykładów tego, dlaczego rozminowanie to proces, który będzie trwał latami.

Gdy zawód sam cię wybiera

Dziś Denys opowiada o tym, jak wybrał zawód, niemal żartobliwym tonem. Szkoła dobiegała końca, a trzeba było dokonać wyboru. Chłopak nigdy nie marzył o tym, żeby zostać strażakiem czy saperem, jak to często bywa w filmach romantyzujących różne zawody – wszystko jest o wiele prostsze, ale i bardziej życiowe.

Jego bliscy pracowali w DSNS, więc po szkole, nie mając konkretnego planu na życie, chłopak postanowił również spróbować sił w tym zawodzie. Poza tym pirotechnika wydawała się wtedy dość atrakcyjnym kierunkiem. Praca odpowiedzialna, niebezpieczna, ale przypadki wykrycia przedmiotów wybuchowych to rzadkość. Krewni zapewnili go, że jeśli mu się nie spodoba, zawsze będzie mógł zmienić zawód.

Dziś największy uśmiech wywołuje u Denysa myśl o „rzadkich wezwaniach”, które wtedy brzmiały niemal jak praca bez zbędnych trudności. Jednak po ponad sześciu latach w zawodzie i ponad dwóch latach na stanowisku kierownika oddziału pirotechnicznego Denys jeszcze ani razu nie pożałował swojego wyboru, choć żaden dzień pracy nie był łatwy.

To nie jest straszne, kiedy jesteś przygotowany do pracy. Szkolą nas latami i ciągle przypominają o niebezpieczeństwie, więc przed pierwszym wyjazdem strachu nie było. Mamy zasady, sprzęt, mamy doświadczenie i musimy zachowywać zimną krew – opowiada pirotechnik.

Praca zmieniła się, jeszcze zanim skończył naukę

Pierwszy wyjazd, którego celem było wzmocnienie jednostek pirotechnicznych DSNS w regionach przyfrontowych, odbył się mniej więcej pół roku po tym, jak chłopak przystąpił do obowiązków służbowych. Półtora miesiąca w regionach przyfrontowych przy rozminowaniu, kilka tygodni pracy biurowej w jednostce w rodzinnym mieście – i znowu w drogę.

Na pierwszy wyjazd Denys pojechał jako pomocnik, by przy kolejnych zająć już miejsce kierownika.

Na delegację jedzie zwykle grupa od 5 do 8 osób. To wszystko chłopaki z jednej jednostki, nie łączą nas z jednostkami z innych obwodów. Dlatego zawsze pracujemy ze swoimi. To ważne, bo zawsze musisz wiedzieć, od jakich konkretnie ludzi zależy życie całej ekipy, i im ufać – opowiada Denys.

Półtora miesiąca z dala od codzienności – i tak siedem razy

Przed każdym wyjazdem kierownictwo DSNS opracowuje precyzyjny plan i zapewnia chłopcom zakwaterowanie, ale koszary DSNS czy inne warianty proponowane przez przełożonych nie zawsze się nadają. Dlatego, jak opowiada Denys, najczęściej muszą szukać kwatery na własną rękę.

Oczywiście nie zostaniemy bez dachu nad głową, jeśli nic nie znajdziemy, ale są rzeczy absolutnie kluczowe, których nie możemy lekceważyć – zaznacza chłopak.

Na przykład samochody. Każda grupa na wyjeździe ma przydzielone co najmniej dwa pojazdy: jeden do przewozu personelu, drugi do transportu przedmiotów wybuchowych. I te samochody trzeba ukryć.

Samochód DSNS ukryty pod drzewami podczas rozminowania. Zdjęcie wykonane przez kierownika oddziału pirotechnicznego DSNS.
Samochód DSNS ukryty pod drzewami podczas rozminowania. Zdjęcie wykonane przez kierownika oddziału pirotechnicznego DSNS.

Pracownicy DSNS pozostają dla wroga pożądanym celem, choć ich praca nie ma nic wspólnego z prowadzeniem działań bojowych. Dlatego chłopcy wybierają też kwatery z dala od miast – w niepozornych miejscowościach, ale niezbyt odległych od terenu, na którym prowadzą rozminowanie.

Dodatkowo wypłacają nam 300 hrywien diety na dobę – umownie na jedzenie i inne potrzeby. Jest też stała kwota, którą mogą wypłacać jako zwrot kosztów wynajmu mieszkania, ale tu jest pewien haczyk. Żeby dostać zwrot, musimy przedstawić oficjalny rachunek, a kto z miejscowych wynajmuje mieszkania oficjalnie? Chyba tylko hostele, ale tam pobyt byłby dla nas za drogi – opowiada kierownik oddziału pirotechnicznego DSNS Ukrainy.

Czasem chłopcom udaje się dogadać z właścicielami dawno opuszczonych domów, że będą w nich mieszkać i trochę o nie dbać. Wtedy koszt wynajmu spada do minimum. Ale i w takim przypadku trzeba pamiętać, że te domy od lat stoją puste, więc warunki pozostawiają wiele do życzenia.

Raz udało nam się załatwić zakwaterowanie w domu we wsi, która pod względem położenia pasowała nam najbardziej, ale kiedy weszliśmy do kuchni, osłupieliśmy. Pleśń po prostu doszczętnie zniszczyła kuchnię. Przez ponad tydzień gotowaliśmy wyłącznie na ognisku, dopóki nie kupiliśmy środków na pleśń, żeby dało się chociaż wejść do kuchni – wspomina Denys.

Mimo wszelkich trudności chłopak z uśmiechem wspomina miejscowych, którzy zawsze serdecznie przyjmowali pracowników DSNS. Denys mówi, że w przyfrontowych miastach ukraińscy żołnierze są stałymi gośćmi, więc saperzy czy pirotechnicy nikogo nie dziwią. Ludzie często dzielą się warzywami z ogródka, częstują smakołykami.

Jak okupanci próbują utrudnić rozminowanie?

Zadania pirotechników podczas wyjazdów służbowych można podzielić na dwie kategorie: obsługę zgłoszeń od miejscowej ludności i rozminowanie terenu.

W pierwszej kolejności DSNS zajmuje się zgłoszeniami od ludności cywilnej. Ktoś znalazł nieznany przedmiot, komuś do ogródka albo w pobliżu domu trafił pocisk i tak dalej. Denys opowiada, że każde wezwanie jest zupełnie inne i nigdy nie da się przewidzieć, jak dokładnie może zadziałać wykryty przedmiot wybuchowy. Rosjanie modyfikują takie przedmioty: montują dodatkowe baterie, żeby wydłużyć czas ich działania, stosują systemy opóźnionej detonacji, dokładają do części wybuchowej różne elementy, żeby zwiększyć rażenie odłamkami podczas wybuchu i tak dalej.

Dlatego przed przystąpieniem do usuwania przedmiotu pirotechnicy zawsze dmuchają na zimne.

Dół z niewybuchami przed zniszczeniem. Zdjęcie wykonane przez kierownika oddziału pirotechnicznego DSNS.
Dół z niewybuchami przed zniszczeniem. Zdjęcie wykonane przez kierownika oddziału pirotechnicznego DSNS.

Mamy specjalne kotwiczki, którymi ze względnie bezpiecznej odległości zaczepiamy niewybuch. To się sprawdza, kiedy przedmiot utknął na dachu albo trzeba go wyrwać z ziemi i upewnić się, czy nie podłożono pod nim jeszcze jednej miny – opowiada pirotechnik.

Następny etap to wyczekiwanie. Żeby mieć pewność, że niewybuch można bezpiecznie przewieźć, pirotechnicy mogą czekać od kilku godzin do całego dnia, by upewnić się, że nie ma w nim trybu opóźnionej detonacji.

Denys mówi, że ważną rolę odgrywa czynnik ludzki. Zgodnie z instrukcjami DSNS przedmioty wybuchowe należy niszczyć natychmiast po wykryciu, ale gdy chodzi o zgłoszenia od ludzi, wysadzenie na miejscu najczęściej może spowodować zniszczenie mienia lub domów miejscowych mieszkańców, dlatego pirotechnicy wolą odczekać i przewieźć przedmioty na bezpieczną odległość, żeby je tam zniszczyć.

Staramy się ludziom pomóc, a nie zaszkodzić. Co wtedy będą o nas mówić, jeśli wysadzimy komuś dom? – mówi kierownik oddziału pirotechnicznego DSNS.

Czym różni się praca w terenie?

Rozminowanie terenu to zupełnie inny rodzaj pracy. W strefach, w których prowadzono aktywne działania bojowe, liczba wykrytych przedmiotów wybuchowych może iść w dziesiątki. Granaty, pociski do różnych rodzajów uzbrojenia artyleryjskiego, miny o różnej zasadzie działania. Do przeczesywania terenu pirotechnicy używają wykrywaczy metali, sond saperskich oraz tzw. fillerów do wykrywania potykaczy.

Denys opowiada, że pułapki z potykaczami też bywają różne i w zaroślach mogą być rozstawione na różnej wysokości, dlatego najważniejszym narzędziem jest czujność. Szczególną cechą takich pułapek jest to, że mogą wybuchnąć przy każdym kontakcie. Niektóre typy wybuchają na przykład nawet przy przecięciu linki, a nie tylko przy jej naciągnięciu.

Jeśli znajdujemy granat, to obok na pewno będzie jeszcze jeden. Najwięcej niewybuchów jest tam, gdzie biegły okopy. Ale z minami też trzeba uważać. Rosjanie podkładają miny przeciwpiechotne pod przeciwpojazdowe, więc do detonacji może dojść nawet wtedy, gdy na taką minę stanie człowiek – zaznacza pirotechnik.

Osobną kategorię stanowią miny reagujące na zmianę pola magnetycznego. Są przeznaczone przede wszystkim do niszczenia sprzętu wojskowego, ale detonację może wywołać także żołnierz lub saper w pełnym oporządzeniu.

Najtrudniejsze to nie miny

Przez sześć lat w strukturach DSNS Denys nauczył się radzić sobie z niebezpieczeństwem i sprawdzać każdy drobiazg, nawet jeśli praca się przeciąga. Na pytanie, co jest najtrudniejsze, odpowiada jednak coś zupełnie innego:

Wysoka trawa, palące słońce i dużo papierkowej roboty – żartuje chłopak. Właśnie to najbardziej doskwiera ludziom, którzy w trudnych warunkach niemal codziennie unieszkodliwiają urządzenia, które mogłyby komuś odebrać życie.

(Imiona bohaterów tej historii zostały zmienione ze względów bezpieczeństwa)

Julia Derdiuk

Udostępnij w mediach społecznościowych