W nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 roku na terytorium ówczesnej Czechosłowacji, na rozkaz Kremla, wkroczyło 300-tysięczne zgrupowanie wojskowe państw Układu Warszawskiego
Od kilku stuleci cechą charakterystyczną “niedoimperium” moskiewskich morderców i gwałcicieli – zarówno w czasach caratu i komunistycznej dyktatury, jak i obecnej ochlokracji – była i pozostaje zaciekła, agresywna nienawiść do wszystkich państw, które w procesie rozwoju własnych formacji społecznych wybrały drogę wolności, demokracji oraz gwarancji poszanowania podstawowych wartości ludzkich. Bezustannie pijany, zazdrosny i rozgoryczony na cały świat „żandarm Europy”, który już jedenasty rok nieprzerwanie terroryzuje Ukrainę, wywoływał konflikty zbrojne i dokonywał inwazji na terytoria suwerennych państw, by nie dopuścić do rozwoju ducha wolności, widząc w nim śmiertelne zagrożenie dla istnienia własnego niewolniczego tworu. Dokładnie 58 lat temu pod jego brudny kirzowy but trafiła także Czechosłowacja.
W SKRÓCIE:
- Socjalizm o „o ludzkiej twarzy” jako alternatywa dla społecznej stagnacji okresu neostalinizmu
- Przymusowi „turyści” z Pragi na „daczy Chruszczowa” pod Użhorodem
- Dlaczego głodny Dubček bał się jeść barszcz?
- „Wdzięczny losowi, że nie musiałem do nikogo strzelać i nikt nie strzelił do mnie…”
- Moskwa zamierzała utworzyć nowy rząd Czechosłowacji, całkowicie podległy jej kontroli, ale coś poszło nie tak
Rozszerzanie praw i wolności obywatelskich uznawano za zamach na fundamenty socjalizmu
Systemem socjalistycznym, powstałym w wyniku II wojny światowej, regularnie wstrząsały kolejne kryzysy. Kierownictwo Związku Radzieckiego kosztem niewiarygodnych wysiłków z trudem nadążało z „rozwiązywaniem” problemów gospodarczych i kryzysów politycznych, które nieustannie wybuchały w Czechosłowacji, Bułgarii, Polsce i na Węgrzech. Nie cofało się przy tym nawet przed interwencją wojskową, czym jeszcze bardziej zaostrzało problemy społeczne we własnym kraju i przysparzało sobie kłopotów na arenie międzynarodowej.
W 1967 roku Czechosłowacja zaczęła gwałtownie pogrążać się w stagnacji społecznej. Polityczne skostnienie i osobista ograniczoność prezydenta oraz przywódcy partii komunistycznej, neostalinisty Antonína Novotnego, przyspieszyły narastanie niezadowolenia z kierownictwa kraju nie tylko wśród mas ludowych, lecz także w samej elicie władzy.
W styczniu 1968 roku na czele Komunistycznej Partii Czechosłowacji stanął przywódca słowackich komunistów Alexander Dubček. Dzieciństwo i młodość spędził wraz z rodziną w stolicy radzieckiej Kirgizji – Biszkeku – oraz w rosyjskim Niżnym Nowogrodzie, a wykształcenie partyjne zdobył w Moskwie. Trafnie oceniając nastroje rodaków, Dubček zapoczątkował szeroko zakrojone reformy społeczne, które przeszły do historii pod nazwą praskiej wiosny. Istota reform, mających nadać ustrojowi socjalistycznemu „ludzką twarz”, sprowadzała się do rozszerzenia elementarnych i dziś oczywistych praw i wolności obywatelskich: zezwolenia na działalność autentycznych organizacji społecznych, zniesienia cenzury w mediach oraz wprowadzenia elementów rynkowych do gospodarki.
Jednak ówcześni przywódcy ZSRR i państw satelickich – przede wszystkim Polski, NRD, Bułgarii i Węgier – dostrzegli w tym śmiertelne zagrożenie dla fundamentów ustroju socjalistycznego nie tylko w samej Czechosłowacji, lecz także w skali światowej! Właśnie dlatego od marca do lipca 1968 roku przywódcy tych państw – Leonid Breżniew, Władysław Gomułka, Walter Ulbricht, Todor Żiwkow i János Kádár – podczas licznych spotkań w Moskwie, Warszawie i Dreźnie ostro krytykowali kierownictwo Komunistycznej Partii Czechosłowacji za kurs na polityczną liberalizację kraju. Bezskutecznie.
Radzieckie kierownictwo nalegało na zorganizowanie wspólnego spotkania przywódców obu państw, które miało postawić kropkę nad i. Miało się ono odbyć w lipcu 1968 roku w Moskwie. Dubček i jego współpracownicy za nic nie chcieli jednak wyjeżdżać na to spotkanie poza granice kraju i robili wszystko, aby narada członków Biura Politycznego KPZR oraz członków Prezydium KC Komunistycznej Partii Czechosłowacji odbyła się na terytorium Czechosłowacji. Taki był ich warunek. Kierownictwo ZSRR początkowo przystało na propozycję Dubčeka, by rozmowy przeprowadzić w słowackich Koszycach. Pierwszy sekretarz Zakarpackiego Komitetu Obwodowego partii Jurij Ilnycki, z którym konsultowali się jego moskiewscy przełożeni, ze względów bezpieczeństwa zalecił jednak wybranie słowackiego miasta przygranicznego i zarazem dużego węzła kolejowego Čierna nad Tisou, położonego tuż obok ukraińskiego Czopu. Propozycja zyskała poparcie.
Radziecka delegacja z całym kierownictwem partyjno-państwowym przybyła 27 lipca 1968 roku trzema samolotami, w niewielkich odstępach czasu na wojskowe lotnisko w zakarpackim Mukaczewie. Byli w niej sekretarz generalny Leonid Breżniew wraz z innymi sekretarzami KC: przewodniczącym Rady Najwyższej Nikołaj Podgorny, szef rządu Aliksiej Kosygin, przywódca partyjny Ukraińskiej SRR Petro Szełest. Z lotniska kolumna samochodów przewiozła ich do Czopu. Czekały tam dwa specjalnie przygotowane pociągi, ustawione w przeciwnych kierunkach: pociąg moskiewski – w którym każdemu członkowi Biura Politycznego przydzielono osobny wagon – zwrócony przodem w stronę Czechosłowacji, oraz pociąg kijowski, zwrócony przodem w stronę Kijowa. Członkowie delegacji mieszkali w tych pociągach przez cały okres negocjacji. Rano delegacja jechała do Čiernej nad Tisou, a w porze obiadowej wracała do Czopu. Po obiedzie ponownie wyruszała do Čiernej nad Tisou. Wieczorem wszyscy znów wracali do Czopu.
Negocjacje przebiegały z trudem i w napiętej atmosferze. Delegacja czechosłowacka zachowywała się pewnie, konsekwentnie i rzeczowo broniła swoich stanowisk, na co radzieccy przywódcy nie byli przygotowani. Dlatego żadna ze stron nie osiągnęła oczekiwanego rezultatu.
Kilka dni po zakończeniu bezowocnych negocjacji moskiewska delegacja odleciała z Mukaczewa do Moskwy. Ostatecznym następstwem spotkania w Čiernej nad Tisou stała się późniejsza interwencja wojskowa „bratnich” państw przeciwko Czechosłowacji.
…W nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 roku rozpoczęła się operacja „Dunaj”, w wyniku której na terytorium Czechosłowacji od strony ZSRR, Polski, NRD i Węgier wkroczyło 300-tysięczne zgrupowanie wojskowe państw Układu Warszawskiego. Inwazja rozpoczęła się o godz. 2.00 od podstępu: radziecki samolot cywilny poprosił o zgodę na pilne lądowanie awaryjne na lotnisku Ruzyně pod Pragą. Po otrzymaniu zgody od kontrolera ruchu lotniczego maszyna wylądowała. Z samolotu nie wysiedli jednak przerażeni, pokojowo nastawieni pasażerowie, lecz… żołnierze 7. Dywizji Powietrznodesantowej Armii Radzieckiej. Zablokowali główne obiekty lotniska, na którym zaczęły lądować radzieckie wojskowe samoloty transportowe An-12 z desantem i sprzętem bojowym. W ciągu 21 sierpnia 24 dywizje państw Układu Warszawskiego zajęły główne obiekty na terytorium Czechosłowacji. Wojska wprowadzano w 18 punktach z terytoriów ówczesnej NRD, Polski, ZSRR i Węgier. Tej samej nocy przejęto kontrolę nad budynkami KC Komunistycznej Partii Czechosłowacji oraz Czechosłowackiego Radia i Telewizji.
Ulice czeskich i słowackich miast zalały radzieckie pojazdy opancerzone; dochodziło do krwawych starć między demonstrantami a siłami interwencyjnymi. Obecność wojskowa uniemożliwiła dalsze reformy, a socjalizm w Czechosłowacji ostatecznie nie nabrał cech… ludzkiej twarzy.
„Myślałem, że to Polska…”
Radzieccy wojskowi natychmiast odizolowali również ścisłe kierownictwo Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Pierwszego sekretarza KC partii Alexandra Dubčeka, premiera Oldřicha Černíka, przewodniczącego parlamentu Josefa Smrkovskiego oraz trzech innych wpływowych działaczy partyjnych – Františka Kriegela, Bohumila Šimona i Josefa Špačka – przetransportowali samolotami na wojskowe lotnisko w Mukaczewie, a stamtąd transporterami opancerzonymi do podmiejskiej rezydencji Zakarpackiego Komitetu Obwodowego w pobliżu wsi Kamianica pod Użhorodem, zwanej potocznie „daczą Chruszczowa”.
Z biegiem dziesięcioleci pozostało niewielu bezpośrednich uczestników tamtych wydarzeń. O tym, jak bezpośredni uczestnicy – ówcześni przywódcy partyjni Ukrainy i Zakarpacia Petro Szełest i Jurij Ilnycki – usprawiedliwiali swoje działania we wspomnieniach oraz jak tamte wydarzenia zapamiętali byli wojskowi, opowiadamy poniżej.
Jurij Ilnycki: „Po naradzie 7 maja w Moskwie sprawy nabrały tempa. Zadzwonił do mnie Szełest i poprosił, abym zorganizował mu spotkanie z Vasilem Biľakiem [pierwszym sekretarzem KC Komunistycznej Partii Słowacji – przyp. aut.]. To niezwykle tajne spotkanie odbyło się 22 maja 1968 roku we wsi Kamianica niedaleko Użhorodu. Przez całą noc rozmawiali o tym, by Czechosłowacja zwróciła się do Związku Radzieckiego z apelem o pomoc. Później Biľak „zorganizował” taki dokument…
Tymczasem do obwodu zakarpackiego zaczęto ściągać wojska. W czerwcu w lasach wokół Użhorodu było bardzo wielu żołnierzy – zarówno poborowych, jak i zmobilizowanych rezerwistów. Zadzwonił do mnie Breżniew 20 sierpnia i powiedział, by tego wieczoru, jeszcze przed wkroczeniem wojsk radzieckich, ktoś odebrał na granicy żonę i syna Biľaka. Na granicy moja żona powitała ich, uściskała, wręczyła kwiaty, wsadziła do samochodu i przywiozła do naszego mieszkania o wpół do jedenastej wieczorem. Gdy tylko wróciliśmy z granicy, ponownie zadzwonił Breżniew i zapytał, gdzie jest żona Biľaka, po czym poprosił, żebym podał jej słuchawkę. Godzinę później nasze wojska ruszyły przez granicę.
Zadzwoniono do mnie 22 sierpnia z Moskwy i poinformowano, że do obwodu zakarpackiego zostanie przywiezionych sześciu członków Prezydium KC Komunistycznej Partii Czechosłowacji: Dubček, Černík, Smrkovský, Kriegel, Šimon i Špaček. Poproszono mnie, abym zapewnił im dobre warunki zakwaterowania i odpowiednio wysoki standard pobytu. Uważnie wysłuchałem poleceń, ale postąpiłem tak, jak uznałem za słuszne. Postanowiłem zakwaterować ich w dwóch domach w Kamianicy.
…Było już po północy. Właśnie szykowałem się do odpoczynku, gdy przez specjalną linię telefoniczną zadzwonił Breżniew, zapytał, jak czują się nasi goście, i polecił dopilnować, by Dubček po przybyciu do Użhorodu trafił do mojego gabinetu. Natychmiast przekazałem rozkaz sekretarza generalnego szefowi Zarządu KGB w obwodzie zakarpackim Żabczence, uprzedzając, że Dubček powinien mieć na sobie ciemne okulary (bo ktoś mógłby go rozpoznać). Kiedy Dubček wszedł do gabinetu i mnie zobaczył, powiedział: „Teraz już wiem, gdzie jestem. Wieźli mnie transporterem opancerzonym i myślałem, że to Polska”…
Rozmawialiśmy z Dubčekiem w gabinecie na piątym piętrze. Na dworze panował sierpniowy upał, a okno było otwarte [klimatyzacji w Użhorodzie jeszcze wtedy nie było – przyp. aut.]. Podszedł do okna i zaczął przyglądać się placowi. Przypomniałem sobie, że w 1948 roku syn prezydenta pierwszej Republiki Czechosłowackiej Tomáša Masaryka – Jan Masaryk, ówczesny minister spraw zagranicznych Czechosłowacji – wyskoczył z okna. Mówiono, że nie zrobił tego sam, lecz mu „pomogli”. Na wszelki wypadek podszedłem do Dubčeka i, nie przerywając rozmowy, jakby mimochodem zamknąłem okno, po czym stanąłem obok niego. Następnie przez telefon wewnętrzny zamówiłem obiad dla dwóch osób, który podano nam w pokoju wypoczynkowym. Wziąłem łyżkę i zacząłem jeść barszcz, a Dubček nie tknął posiłku. Zrozumiałem dlaczego: najwyraźniej bał się, że jedzenie jest zatrute. Zamieniłem więc talerze i pierwszy zacząłem jeść. Dopiero wtedy Dubček, choć niechętnie, także zaczął jeść…
Wkrótce zadzwonił Breżniew, wypytał, jak się sprawy mają, i poinformował, że z moim gościem porozmawia Podgorny [przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej ZSRR – przyp. aut.]. Tak też się stało. Po rozmowie z Podgornym Dubček powiedział: „Samolot przyleci po mnie do Mukaczewa. Mam nim polecieć do Moskwy”. Później Podgorny zadzwonił także do mnie i polecił mi dopilnować stopniowego wysłania do Moskwy pozostałych członków Prezydium KC Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Było to 23 sierpnia”.
„Takich czynów «przyjaciół» się nie zapomina…”
Petro Szełest: „Nasze wojska są w Czechosłowacji, a rządzą tam prawicowe, antysocjalistyczne i antysowieckie elementy. KC, rząd i Zgromadzenie Narodowe występują przeciwko nam i naszym działaniom, domagając się natychmiastowego wycofania wojsk. W końcu Breżniew polecił wywiadowi i wojsku, by potajemnie wywieźli z Czechosłowacji – wbrew ich woli i pragnieniom – Dubčeka, Černíka, Smrkovskiego, Kriegela, Šimona i Špačka. Szef KGB Ukrainy Witalij Nikitczenko otrzymał polecenie, by przygotować odizolowane miejsca dla 6–8 osób (ale nie w więzieniu), zapewnić odpowiednią ochronę i bezpieczeństwo oraz dobre wyżywienie. Całą szóstkę potajemnie przewieziono transporterami opancerzonymi do Użhorodu i ulokowano w podmiejskich rezydencjach w Karpatach.
Sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Jiří Hájek [minister spraw zagranicznych Czechosłowacji – przyp. aut.] wygłosił na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ ostre, antysowieckie przemówienie. W ten sposób kwestia czechosłowacka oficjalnie nabrała wymiaru międzynarodowego. Nie mogło być inaczej – z kraju potajemnie wywieziono do nas całe kierownictwo: pierwszego sekretarza KC Komunistycznej Partii Czechosłowacji Dubčeka, premiera Černíka, przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego Smrkovskiego oraz trzy osoby ze ścisłego kierownictwa partii. W istocie rozmawiać można było jedynie z Ludvíkiem Svobodą – prezydentem Republiki Czechosłowackiej. Tylko za jego pośrednictwem można było w pewnym stopniu rozładować tę po prostu katastrofalną sytuację. Rozmowa z nim się odbyła. Nie była łatwa; dla naszej strony okazała się niemal upokarzająca.
Wszystkich zakładników politycznych przewieziono 23 sierpnia o godz. 22.00 z Użhorodu do Moskwy. Dubčeka i Černíka przyjęto na zwykłym „służbowym” szczeblu. Svobodę powitano w Moskwie z szacunkiem. W dniach 25–27 sierpnia w Moskwie odbywały się „negocjacje” z Czechosłowakami. O ile w ogóle można to spotkanie nazwać „negocjacjami”, skoro główne kierownictwo Komunistycznej Partii Czechosłowacji i rządu zostało potajemnie wywiezione z kraju przy użyciu siły…
Czwartego dnia negocjacji podpisano wspólny protokół, który miał służyć normalizacji stosunków między Czechosłowacją a ZSRR. Podpisali go wszyscy uczestnicy spotkania z wyjątkiem Kriegela. Zamierzaliśmy utworzyć nowy rząd Czechosłowacji, który miał zatwierdzić prezydent Svoboda. Jednak „przewidywani przywódcy” stchórzyli, przestraszyli się odpowiedzialności, a Alois Indra [protegowany Breżniewa na stanowisko premiera Czechosłowacji – przyp. aut.] „zachorował”. Pojawiło się pytanie: co robić? Nie było innego wyjścia, jak tylko odesłać do domu politycznych zakładników w ich dotychczasowych rolach. Svoboda, Biľak, Lenárt i Kolder byli zaniepokojeni takim obrotem spraw. Dubček, Černík, Smrkovský i Kriegel, których siłą wywieziono z kraju i przez kilka dni przetrzymywano w izolacji, nie mogli po prostu przejść nad tym do porządku dziennego, pogodzić się z tym i nam wybaczyć. Po ludzku, z poczucia godności, takich czynów „przyjaciół” się nie zapomina”.
Po wodę – czołgiem…
Jurij Orban, emeryt, mieszkaniec wsi Strabyczowo w rejonie mukaczewskim: „Służbę zasadniczą odbywałem we wzorowej jednostce pancernej w obwodzie żytomierskim. W 1966 roku, w stopniu podporucznika, zostałem zdemobilizowany i podjąłem pracę jako maszynista elektrowozu w lokomotywowni w Czopie. 18 albo 19 sierpnia 1968 roku do mojego akademika przyszedł po mnie patrol z wojskowej komendy uzupełnień z rozkazem natychmiastowego stawienia się w jednostce wojskowej w Użhorodzie. Dosłownie dwa dni później, dokładnie o północy, ogłoszono alarm i cały pułk piechoty zmotoryzowanej ruszył w stronę granicy.
Forsowny marsz na dystansie ponad 800 km do czeskiego miasta Tábor, położonego 100 km od Pragi, trwał trzy dni. Po drodze miejscowi często rzucali w nas tym, co akurat mieli pod ręką, i wykrzykiwali pod naszym adresem rozmaite obelgi. Traktowaliśmy to ze zrozumieniem, bo kto by się cieszył, widząc, że zbliża się do niego „gość” na czołgu? Zdarzyło się, że młody Czech położył się pod czołgiem. Gwałtownie się zatrzymaliśmy i zobaczyliśmy, że około 30 metrów dalej jego kolega fotografuje tę scenę. Oceniwszy sytuację, mój mechanik-kierowca postanowił przestraszyć chłopaka: wcisnął gaz, silnik zaryczał pełną mocą, ale ruszyliśmy łagodnie. W ułamku sekundy chłopak zerwał się na nogi, pobiegł chodnikiem i skrył się we wnęce w ścianie…
Kiedy zbliżaliśmy się do słowackiego miasta Zvolen, w zewnętrznym zbiorniku skończyło się paliwo – mechanik nie zdążył w porę przełączyć dopływu na zbiornik wewnętrzny i silnik zgasł. Wyszedłem z wieży, żeby odpowietrzyć pompę paliwową. Nagle poczułem, że ktoś ciągnie mnie za kombinezon w dół. W tej samej chwili mój dowódca, który widział, że ktoś z miejscowych próbuje ściągnąć mnie z czołgu, krzyknął przez radiostację: „Strzelaj, bo cię zabije!”. Wyciągnąłem pistolet z kieszeni na piersi i to wystarczyło, by napastnik uciekł jak najdalej.
W pobliżu Zvolena ostrzelano nas z karabinu maszynowego. Była to druga doba marszu. Znudzony siedzeniem w wieży, usiadłem na pancerzu. Przez huk silnika nie słyszałem strzałów; zobaczyłem tylko, jak pociski około 20 cm od mojej nogi roztrzaskały metalową skrzynkę osłaniającą przewód. Potem, na rozwidleniu dróg za miastem, w kierunku jednego z czołgów wystrzelono z granatnika. Incydent zauważył pododdział pancerny armii bułgarskiej, który ostrzelał tamten budynek z działa…
Czołgi jadące z dużą prędkością nie zawsze mieściły się w wąskich uliczkach miast, a obwodnic wówczas jeszcze nie było. Sam widziałem, jak w jednym z takich ciasnych miejsc jeden czołg zahaczył o narożnik budynku, potem drugi, trzeci…, a dziesiąty jechał już po gruzach zburzonego domu.
Podczas jednego z postojów dowódca kazał mi przynieść wiadro wody. Niedaleko znajdował się jakiś obiekt ze szczelnie zamkniętą bramą. Poprosiłem miejscowego stróża, by napełnił mi wiadro, ale odmówił. Kiedy wróciłem z pustym wiadrem, dowódca zbeształ mnie i kazał nie wracać bez wody. Pojechałem więc po wodę jeszcze raz… czołgiem. Widząc lufę czołgowego działa opartą o bramę, stróż – mimo niemłodego wieku – rzucił się biegiem, by ją otworzyć i nalać mi wody…
W Táborze, dokąd dotarliśmy, stacjonowała czeska jednostka artylerii. Kiedy jej żołnierze dowiedzieli się o inwazji, wytoczyli działa i rozstawili je wokół jednostki. Otoczyliśmy ich pierścieniem, a następnie druga część naszych sił utworzyła drugi pierścień. Ale, dzięki Bogu, nie padł ani jeden strzał.
Moja osobista „interwencja” w Czechosłowacji trwała trzy miesiące. Potem mnie i wielu innych rezerwistów odesłano do domów. Wspominając tamte wydarzenia, zawsze byłem wdzięczny losowi, że nie musiałem do nikogo strzelać i że nikt nie strzelił do mnie…”
Wasyl Ilnycki








