O historii małego Nazara, który urodził się po rosyjskim ataku na budynek mieszkalny w rejonie swiatoszyńskim Kijowa, pisały media ukraińskie i międzynarodowe. W wyniku ataku rosyjskiego drona ciężkich obrażeń i oparzeń doznała jego 24-letnia matka, będąca w siódmym miesiącu ciąży. Lekarze przeprowadzili pilne cesarskie cięcie, aby uratować dziecko. Przez ponad dwa tygodnie walczyli również o życie kobiety. Ojciec chłopca doznał ciężkich oparzeń, ale przeżył. Sam Nazar od urodzenia walczy o życie. Przeszedł już liczne operacje i wiele miesięcy leczenia.

Teraz jego ciotka, 27-letnia Oksana Bohdan, która objęła chłopca opieką, przyjechała do Polski wraz ze swoim trzyletnim synem, aby chronić dzieci przed wojną. Zamiast szybko uzyskać ochronę czasową, rodzina zetknęła się jednak z problemem biurokratycznym. Od niemal miesiąca nie może otrzymać numeru PESEL ze statusem UKR, mimo że podczas przekraczania granicy Oksana poinformowała, iż uciekają przed wojną i chcą skorzystać z ochrony.
W wywiadzie Oksana Bohdan opowiada o tragedii swojej rodziny, walce o życie Nazara oraz trudnościach, z jakimi mierzą się obecnie Ukraińcy przybywający do Polski, aby schronić się przed wojną.
W skrócie:
- Powodem wyjazdu Oksany Bohdan z dziećmi z Ukrainy była tragedia, do której doszło 7 września 2025 roku w Kijowie.
- W wyniku przedwczesnego porodu u dziecka wystąpiły poważne powikłania. Po śmierci matki to właśnie Oksana została opiekunką bratanka.
- Pomimo spełnienia wszystkich wymogów podczas przekraczania granicy, z powodu błędu w weryfikacji rodzina przez długi czas nie mogła uzyskać statusu PESEL UKR. Kobieta niemal straciła nadzieję i rozważała powrót na Ukrainę.
- Jednak dzięki potwierdzeniu z przejścia granicznego Korczowa błąd został skorygowany, a 29 lipca rodzina pomyślnie załatwiła wszystkie formalności.
- Obecnie rodzina pozostaje w Polsce, a Oksana podpisała już umowę z pediatrą i zapisała chłopca do lekarzy w celu kontynuacji leczenia.
— Pani Oksano, proszę opowiedzieć, dlaczego zdecydowała się Pani przyjechać do Polski. Co stało się z Pani rodziną?
— Przyjechałam do Polski przede wszystkim po to, aby zapewnić moim dzieciom bezpieczeństwo. Niestety 7 września 2025 roku w naszej rodzinie wydarzyła się straszna tragedia. Rosyjski dron Shahed uderzył w dom, w którym mieszkał mój brat z ciężarną żoną. Była w siódmym miesiącu ciąży.
Lekarze musieli przeprowadzić pilne cesarskie cięcie, aby uratować dziecko. Tania przez ponad dwa tygodnie walczyła o życie. Doznała oparzeń obejmujących ponad 90 proc. powierzchni ciała. Niestety, obrażenia okazały się nie do pogodzenia z życiem.
Mój brat również doznał ciężkich oparzeń, obejmujących ponad 80 proc. powierzchni ciała. Na szczęście przeżył, ale do dziś przechodzi rehabilitację i ma poważne problemy zdrowotne.
Najważniejsze jest to, że udało się uratować Nazarczyka. Każdego dnia udowadnia, że chce żyć.
W wyniku przedwczesnego porodu doszło u niego do dwóch krwotoków mózgowych, a później rozwinęło się wodogłowie. W ciągu dziesięciu miesięcy życia przeszedł już pięć zabiegów na mózgu i wiele narkoz. Ponad trzy miesiące spędził w szpitalach, z czego półtora miesiąca na oddziale intensywnej terapii.
W wyniku przedwczesnego porodu doszło u niego do dwóch krwotoków mózgowych, a później rozwinęło się wodogłowie. W ciągu dziesięciu miesięcy życia przeszedł już pięć zabiegów na mózgu i wiele narkoz. Ponad trzy miesiące spędził w szpitalach, z czego półtora miesiąca na oddziale intensywnej terapii. Każdego dnia walczył o życie i udowadniał, że jest silny.
Po tragedii nasza rodzina zdecydowała, że to właśnie ja będę opiekować się Nazarczykiem. Jego mama była pełną sierotą i sama wychowywała młodszą siostrę. Moi rodzice nie byliby fizycznie w stanie opiekować się dzieckiem, które wymaga stałej pomocy medycznej i rehabilitacji.
— Nazarczyk jest Pani bratankiem?
— Tak, to mój bratanek. Po tragedii, do której doszło w Kijowie, przez ponad dziesięć miesięcy mieszkaliśmy w Iwano-Frankiwsku. Niestety, tam również nie ma spokoju. Są alarmy, przerwy w dostawach prądu i ataki Shahedów. Ostatnio Shahed uderzył w dom przy sąsiedniej ulicy. Dlatego wspólnie z rodziną zdecydowaliśmy, że trzeba wyjechać za granicę i zabrać dzieci. Sytuacja się nie poprawia.
— Czyli zdecydowała się Pani wyjechać z dziećmi do Polski?
— Tak. Do Polski wjechałam z moim trzyletnim synem Markiem i bratankiem Nazarczykiem.
— Proszę opowiedzieć, jak przekraczali Państwo granicę. Czy wiedziała Pani o nowych zasadach, zgodnie z którymi osoby przybywające do Polski z zamiarem uzyskania ochrony czasowej powinny poinformować funkcjonariuszy Straży Granicznej, że uciekają przed wojną i ewakuują się? Czy powiedziała Pani o tym na granicy? Przez które przejście graniczne Państwo wjechali?
— Przed wyjazdem widziałam już informację, że na granicy trzeba koniecznie powiedzieć, iż ewakuuje się z powodu wojny.
Podczas kontroli granicznej wyraźnie powiedziałam trzy rzeczy: że uciekamy przed wojną, że chcemy uzyskać ochronę czasową w Polsce oraz że ucierpieliśmy w wyniku wojny.
Przekraczaliśmy granicę przez przejście Krakowiec–Korczowa. Funkcjonariusz Straży Granicznej nie zadawał żadnych dodatkowych pytań. Zapytał jedynie, skąd pochodzimy.

Obejrzyj także wywiad z Oksaną Bohdan na YT
Od początku pełnoskalowej wojny mieszkaliśmy w różnych miastach Ukrainy. Mój syn urodził się w Odessie, Nazarczyk w Kijowie, a ja jestem oficjalnie zameldowana w obwodzie kirowohradzkim. Od początku wojny faktycznie tam jednak nie mieszkałam.
— Co wydarzyło się później, gdy funkcjonariusz Straży Granicznej zapytał, skąd Państwo pochodzą?
— Następnego dnia po przyjeździe udaliśmy się do urzędu. Wiedzieliśmy, że trzeba jak najszybciej wyrobić numery PESEL ze statusem UKR, aby wszystkie dokumenty były w porządku.
Poinformowano nas jednak, że nasze dane nie zostały jeszcze zweryfikowane ani aktywowane, a więc nie było nas w bazie.
Poinformowano nas jednak, że nasze dane nie zostały jeszcze zweryfikowane ani aktywowane, a więc nie było nas w bazie. Poradzono nam, abyśmy poczekali tydzień. Wyjaśniono, że dane mogły się jeszcze nie zaktualizować. Kiedy przyszliśmy ponownie po tygodniu, sytuacja się nie zmieniła. Znów poinformowano nas, że w systemie nie ma naszych danych, i poradzono nam zwrócić się do Straży Granicznej z prośbą o zmianę statusu naszego wjazdu na „ewakuację”.
— Czy właśnie wtedy zwróciła się Pani do Straży Granicznej?
— Tak. Za pośrednictwem systemu ePUAP wysłaliśmy pismo do placówki Straży Granicznej, przez którą przekraczaliśmy granicę. Poprosiliśmy o zmianę statusu naszego wjazdu na „ewakuację”.
W piśmie szczegółowo wyjaśniliśmy naszą sytuację. Napisaliśmy, że jest ze mną dziecko, które ucierpiało w wyniku rosyjskiego ataku rakietowego i wymaga stałej opieki medycznej oraz leczenia. Dlatego bardzo prosiliśmy o jak najszybszą zmianę naszego statusu.
— Jakie konsekwencje miało to, że nie udało się Pani i dzieciom od razu uzyskać numerów PESEL ze statusem UKR?
— Już czwartego dnia po przyjeździe trafiliśmy z Nazarczykiem do szpitala. Pojawiła się u niego infekcja wymagająca hospitalizacji. W tamtym momencie nie mieliśmy jeszcze żadnego statusu, więc byliśmy zmuszeni pokryć koszty leczenia z własnych środków. Gdyby od razu nadano nam numery PESEL ze statusem UKR, pomoc medyczna dla dziecka byłaby bezpłatna.
— Powiedziała Pani, że zwróciła się do Straży Granicznej za pośrednictwem systemu elektronicznego.
— Tak, złożyliśmy pismo przez system ePUAP. Jeżeli ktoś przyjeżdża i nie ma znajomych, którzy mają Profil Zaufany, jest mu jeszcze trudniej. Musi wysłać pismo zwykłą pocztą, a takie przesyłki są rozpatrywane jeszcze dłużej.
— Gdzie obecnie Państwo mieszkają?
— Wynajmujemy mieszkanie niedaleko Katowic. Była to świadoma decyzja, ponieważ rozmawiałam z rodzicami dzieci z wodogłowiem. Polecili mi właśnie Katowice ze względu na dobrych neurochirurgów. Dlatego zdecydowaliśmy się zamieszkać właśnie tutaj. Samo miasto również nam się spodobało.
Odkąd staramy się uzyskać numery PESEL ze statusem UKR, wielokrotnie zwracaliśmy się do Straży Granicznej, zarówno pisemnie, jak i osobiście. Niestety, dotychczas to nie pomogło.
— Jakie jeszcze kroki podjęła Pani, aby rozwiązać ten problem?
— Stale próbujemy dodzwonić się do Straży Granicznej, aby przyspieszyć rozpatrzenie naszego pisma. Zwracaliśmy się również po porady, dzwoniliśmy do konsulatu i szukaliśmy pomocy w organizacjach wspierających Ukraińców.
W urzędzie miasta doradzono nam, abyśmy zwrócili się do organizacji pomagającej Ukraińcom, działającej obok urzędu. Tam również usłyszeliśmy jednak, że z takim problemem mierzy się obecnie wiele osób, a jedyne, co można zrobić, to czekać na decyzję Straży Granicznej.
— Co obecnie odpowiada Pani Straż Graniczna? Czy wysłała Pani kilka pism?
— Nie, wysłaliśmy tylko jedno pismo i stale sprawdzamy, na jakim etapie jest jego rozpatrywanie. Kiedy udało nam się dodzwonić, poinformowano nas, że pismo zostało odebrane i przekazane do dalszego rozpatrzenia. Poproszono nas również, abyśmy nie wysyłali kolejnych pism, ponieważ ze względu na duże obciążenie może to jedynie opóźnić rozpatrzenie sprawy. Dlatego czekamy i bardzo liczymy na to, że status naszego wjazdu zostanie zmieniony, a my będziemy mogli otrzymać numery PESEL ze statusem UKR.
— Jeśli tak się nie stanie, jakie możliwości Państwo rozważają?
— Na razie liczymy na pozytywną decyzję. Jeśli jednak jej nie otrzymamy, prawdopodobnie pozostaniemy w Polsce na podstawie paszportów biometrycznych w ramach dozwolonego 90-dniowego pobytu. Będziemy też musieli wykupić Nazarczykowi prywatne ubezpieczenie zdrowotne albo rozważyć przeprowadzkę do innego kraju. Nie wykluczamy również powrotu na Ukrainę, ale na razie będziemy czekać na odpowiedź Straży Granicznej.
— Jak czują się teraz dzieci?
— Mój syn Marek ma trzy lata. Przeprowadzka była dla niego dużym stresem, ale teraz stopniowo się adaptuje. Podoba mu się, że jest tu wiele placów zabaw. Lubi też odkrywać nowe rzeczy.
Nazarczyk również lepiej znosi już zmiany. Ogólnie wszystko jest w porządku. Mamy wielką nadzieję, że wkrótce Marek będzie mógł pójść do przedszkola, a Nazarczyk regularnie korzystać z niezbędnej rehabilitacji.
— Czy Marek nadal nie chodzi do przedszkola?
— Nie. Musimy najpierw załatwić odpowiednie dokumenty.
— Czy bez numeru PESEL ze statusem UKR nawet przedszkole jest niedostępne?
— Tak. Bez odpowiednich dokumentów dziecka nie przyjmą nawet do prywatnego przedszkola.
— Po tym wszystkim, co musiała Pani przeżyć, skąd czerpie Pani siłę? Straciła Pani bliską osobę, objęła opieką bratanka, który wymaga stałej pomocy medycznej, a jednocześnie wychowuje Pani własnego małego syna… To ogromna odpowiedzialność.
— To naprawdę bardzo trudne. Poświęcam temu wszystkie siły. Przede wszystkim myślę jednak o dzieciach. To właśnie one dają mi siłę i motywację, aby iść naprzód.
Praktycznie każda minuta jest poświęcona dzieciom: albo Nazarczykowi, albo Markowi. To właśnie dzięki dzieciom się trzymam.
Po prostu nie mam czasu, aby usiąść i myśleć o tym, jak jest źle. Rozumiem, że trzeba działać, rozwiązywać problemy i cały czas o czymś myśleć. Praktycznie każda minuta jest poświęcona dzieciom: albo Nazarczykowi, albo Markowi. To właśnie dzięki dzieciom się trzymam.
— Ile ma Pani lat?
— Mam 27 lat.
— Jakie ma Pani wykształcenie?
— Studiowałam na kierunku edukacja przedszkolna.
— Czyli praca z dziećmi była Pani powołaniem jeszcze przed wojną?
— Tak.
— Dziękuję Pani za szczerą rozmowę. Będziemy nadal śledzić Pani historię. W razie potrzeby redakcja zwróci się również do polskiej Straży Granicznej z pytaniem o przyczyny opóźnień w nadawaniu numerów PESEL ze statusem UKR obywatelom Ukrainy, którzy przybywają do Polski, uciekając przed wojną, mimo dopełnienia procedur przewidzianych prawem.
Posłowie redakcji:
Po nagraniu wywiadu historia Oksany Bogdan znalazła pomyślny finał. Jak poinformowała, po kilku tygodniach oczekiwania i korespondencji z polskimi instytucjami udało się rozwiązać sprawę.
Kobieta przyznaje, że niemal straciła już nadzieję i rozważała powrót do Ukrainy.
„Gdy otrzymałam pismo z przejścia granicznego w Korczowej potwierdzające, że cel wjazdu wskazano prawidłowo, a dane przekazano do Komendy Głównej Straży Granicznej w celu ich sprostowania, minął jeszcze tydzień. Przez cały ten czas wynik weryfikacji pozostawał negatywny, a czas uciekał. I nagle, rankiem 29 lipca, zadzwoniła pracownica urzędu z informacją, że weryfikacja przebiegła pomyślnie i możemy odebrać PESEL UKR. Bardzo się cieszyła, ponieważ znała naszą sytuację i przejmowała się naszym losem. W ciągu godziny załatwiłyśmy wszystkie formalności — dla mnie i dla dzieci”.
Rodzina pozostaje obecnie w Polsce. Oksana złożyła deklarację wyboru pediatry i zapisała Nazara na wizyty u lekarzy specjalistów, dzięki czemu chłopiec może kontynuować leczenie.
Historia tej rodziny pokazuje, że można przezwyciężyć bariery biurokratyczne związane z procedurą udzielania ochrony tymczasowej. Dowodzi również, jak ważne są sprawna współpraca instytucji państwowych oraz empatyczne podejście do osób uciekających przed wojną.
Autorka: Switłana Miałyk








