Armenia staje się nowym wrogiem Rosji na obszarze postsowieckim. Najpierw Władimir Putin otwarcie groził Armenii losem Ukrainy, o ile Erywań nadal będzie zmierzał w stronę Unii Europejskiej. Następnie do jego gróźb dołączył dyktator Białorusi Alaksandr Łukaszenka. Grupa państw członkowskich Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej zażądała od Armenii przeprowadzenia referendum w sprawie jej drogi do UE lub dalszego pozostawania w EUG. Tymczasem w samej Armenii 7 czerwca, odbędą się wybory parlamentarne, które mają wyznaczyć dalszy kurs państwa. Co skłoniło Armenię do odchodzenia od Rosji i kontrolowanych przez nią organizacji oraz jakie nastroje panują w kraju przed wyborami?
W SKRÓCIE:
- Armenia odwraca się od Rosji, ponieważ ta nie postrzega jej jako państwa.
- 75 proc. armeńskiego społeczeństwa popiera drogę integracji z UE.
- Armeńscy rolnicy są gotowi ponieść koszty rosyjskiego embarga, aby zachować państwo.
- Armenia żyje w warunkach wojny hybrydowej ze wszystkimi jej elementami.
- Groźby Putina i Łukaszenki zjednoczyły armeńskie społeczeństwo.
Rosja nie uważa Armenii za państwo
W 2024 roku Armenia oficjalnie ogłosiła zawieszenie udziału w Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Powodem było rozczarowanie odmową udzielenia pomocy przez tę organizację podczas wojny z Azerbejdżanem w 2023 roku. Od tamtej pory dystansowanie się od Rosji i kontrolowanych przez nią organizacji międzynarodowych tylko się pogłębiało.
Zdaniem armeńskiego politologa, eksperta Armeńskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa oraz wiceprzewodniczącego partii Za Republikę Rubena Mehrabiana podstawową przyczyną tego dystansowania się stał się stosunek Rosji do Armenii.

Rosja nie uważa Armenii za państwo. Uważa ją za tymczasowo utracone terytorium. Wybory 7 czerwca postrzega zaś jako dobrą okazję, by tę stratę odzyskać albo sobie ją zrekompensować. To po pierwsze.
Po drugie, Rosjanie uważają, że jeśli nie uda im się przejąć władzy, planem awaryjnym będzie przejęcie kontroli nad opozycją w Armenii, przekształcenie jej w pętlę na szyi państwa armeńskiego i tworzenie jak największej liczby przeszkód, aby zachować resztki swoich imperialnych wpływów. Cała reszta jest konsekwencją lub pochodną tego celu politycznego.
Oczywiście Armenia nie zamierza godzić się na taki stosunek Rosji ani na takie podejście. Dlatego stawia opór, mobilizując zarówno własne możliwości, jak i te, które wynikają ze wzmacniania relacji z partnerami, z którymi już potwierdziliśmy wspólnotę celów, interesów i wartości. Są to Unia Europejska oraz szereg poszczególnych państw europejskich — członków UE, a także Stany Zjednoczone Ameryki — powiedział Ruben Mehrabian w specjalnym wywiadzie udzielonym Czarnemu Niebu.
„Nie będziemy wymieniać naszego państwa na pomidory”
W grudniu 2025 roku rząd Armenii przyjął Strategiczny program partnerstwa między UE a Armenią. Od tego czasu relacje Erywania i Brukseli tylko się zacieśniały. W maju tego roku w Erywaniu odbył się szczyt UE-Armenia, w którym uczestniczył również prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Był to kolejny czynnik, który bardzo drażnił Kreml. Czarne Niebo niedawno omawiało to wydarzenie z kierowniczką działu nowych wyzwań w Narodowym Instytucie Studiów Strategicznych Ołeną Bordiłowską.
O tym, jak armeńskie społeczeństwo odnosi się do zamiaru pełnego przystąpienia Armenii do Unii Europejskiej oraz odejścia od Rosji i kontrolowanych przez nią organizacji, opowiedział nam Ruben Mehrabian:
Najnowsze sondaże pokazują preferencje polityczne społeczeństwa armeńskiego. Mogę przytoczyć dane badania przeprowadzonego przez organizację Breavis, zgodnie z którym 75 proc. ankietowanych opowiada się za pełnoprawnym członkostwem Armenii w Unii Europejskiej. Według moich obserwacji, opartych na rozmowach z wyborcami w trakcie kampanii, mniej więcej odpowiada to rzeczywistości.
W odpowiedzi na proeuropejskie działania Armenii Rosja zaczęła uruchamiać swoje sprawdzone narzędzia nacisku, przede wszystkim Rospotrebnadzor, który wykrywa różnego rodzaju naruszenia w towarach dostarczanych z państwa, na które należy wywrzeć presję, i zakazuje ich importu do Rosji. Czarne Niebo opisywało już takie wojny handlowe oraz ograniczenia, które Rosja w ostatnim czasie wprowadziła wobec Armenii, wraz z podawanymi przez nią powodami. Co więcej, ostatnie rosyjskie ograniczenia dotyczą armeńskich owoców, które w tym roku jeszcze nie dojrzały. Ruben Mehrabian uważa jednak, że armeńscy rolnicy i środowiska biznesowe rozumieją, iż takie koszty są ceną za zachowanie własnego państwa:
Nie zamierzamy wymieniać kraju na pomidory ani na prawo do sprzedawania tych pomidorów w Rosji. Ani na kwiaty, morele, paprykę czy cokolwiek innego. Właśnie teraz rolnicy przy drodze z Erywania do Armawiru wystawili swoje truskawki, żeby mieszkańcy mogli je kupować. Mówią: „Tak, ponosimy koszty i będziemy je ponosić, ale ponosiliśmy już większe koszty. Nie będziemy działać przeciwko państwowości i nie zamierzamy wymieniać tych truskawek na nasze państwo”. To są prawdziwe odpowiedzi ludzi, którzy obecnie handlują w Armenii, a nie wywożą swojej produkcji do Rosji.
Groźby Putina i Łukaszenki — sygnał dla sił prorosyjskich, by handlowały strachem
Pod koniec maja na szczycie Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej w Astanie najpierw Władimir Putin, a potem samozwańczy prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka niemal równocześnie zaczęli przestrzegać Armenię przed dalszymi krokami w stronę Unii Europejskiej, sugerując możliwość wojny podobnej do tej, która wybuchła na Ukrainie.
Już o tym wspominałem. Kryzys na Ukrainie rozpoczął się kiedyś od prób przystąpienia Ukrainy do UE — oświadczył rosyjski dyktator.
Ormianie muszą być bardzo ostrożni, aby, broń Boże, nie powtórzyło się to, co stało się na Ukrainie… Na Ukrainie wszystko właśnie tak się zaczynało. Pamiętacie to. Żeby oni, Ormianie, którzy dopiero wyszli z jednej wojny, nie znaleźli się z tego powodu w trudnej sytuacji. Nie trzeba się spieszyć. Trzeba po prostu pomyśleć, trzeba być mądrymi ludźmi — powiedział Łukaszenka.
Mehrabian mówi, że w Armenii takie wypowiedzi odebrano jako groźby, a ich efekt był odwrotny od zamierzonego: zjednoczyły armeńskie społeczeństwo.
Większość społeczeństwa jest w tej kwestii solidarna z tą częścią klasy politycznej, która opowiada się za wyborem europejskim i rozumie życiowe znaczenie państwowości. Można powiedzieć, że konsolidacja wywołana tymi wypowiedziami stała się już faktem.
A ta przygrywka ze strony Łukaszenki budzi wyłącznie odrazę. Bo on jest po prostu nikim. Jest gauleiterem Białorusi, taką Marią Zacharową [rzeczniczka prasowa rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych – red.] z wąsami. Lepiej, żeby nie otwierał ust i nie robił z siebie pośmiewiska — powiedział Mehrabian.
Pod koniec maja Kreml odwołał swojego ambasadora w Armenii Siergieja Kopyrkina do Moskwy na konsultacje. W języku dyplomacji jest to oznaka zaostrzenia stosunków między państwami. Ruben Mehrabian mówi, że Armenia przyjęła ten fakt do wiadomości:
Armenia odebrała to jako demarche dyplomatyczne, i to bezprecedensowe w naszej najnowszej historii. Jest to odzwierciedlenie stosunku Moskwy do Armenii i do jej narodu. Odbieramy to również jako sygnał dla naszej „piątej kolumny”, aby nakręcała tę sprawę. Teraz zajmują się oni handlem strachem. A w Armenii jedyną rzeczą, której trzeba się bać, jest sam strach.
„To nie Moskwa będzie nam dyktować, kiedy i jak przeprowadzać referenda”
Siły prozachodnie w Armenii już w 2024 roku mówiły o „euroreferendum”, które należy przeprowadzić w kraju, aby naród określił jego kurs. Jeszcze w marcu 2025 roku parlament Armenii przyjął ustawę O rozpoczęciu procesu przystąpienia Republiki Armenii do Unii Europejskiej. Ustawa przewidywała przeprowadzenie referendum na końcowym etapie negocjacji akcesyjnych z UE.

Podczas szczytu EUG w Astanie pod koniec maja tego roku przywódcy Rosji, Białorusi, Kazachstanu i Kirgistanu podpisali jednak oświadczenie, w którym faktycznie domagają się od Armenii natychmiastowego przeprowadzenia referendum w sprawie integracji europejskiej. Najwyraźniej ma to służyć wywarciu presji i zastraszeniu armeńskiego społeczeństwa.
Premier Armenii Nikol Paszinian odpowiedział na te żądania, stwierdzając, że przeprowadzenie takiego referendum w tej chwili byłoby nie na miejscu. Podkreślił, że Armenia sama zdecyduje, kiedy i jakie referenda będzie organizować.
Nie chodzi o referendum. Chodzi o to, że droga Armenii do Unii Europejskiej ma charakter konsekwentny i stopniowy. I to nie Moskwa będzie nam dyktować, kiedy mamy przeprowadzić to referendum. Teraz nie jest czas na referendum. Teraz jest czas na realizację innych działań.
Kiedy 3 września 2013 roku Serża Sargsjana [Serż Sargsjan jest byłym prezydentem Armenii — red.] zmuszono do wyjazdu do Moskwy i do złożenia oświadczenia, które złożył — było to jeszcze trzy miesiące przed ukraińskim Majdanem — nie było mowy o żadnym referendum. Bo zgodnie z ich logiką naród armeński jest nikim. To my mamy decydować: czy przeprowadzać referendum, czy go nie przeprowadzać i kiedy je przeprowadzić — mówi Ruben Mehrabian.
Armenia żyje w warunkach wojny hybrydowej
Jednocześnie Rosja nie rezygnuje z prób wpływania na wynik wyborów w Armenii. Jak informowała agencja Reuters, Rosja zamierza sprowadzić do Armenii około 100 tysięcy Ormian mieszkających w Rosji, posiadających armeńskie paszporty i poddanych rosyjskiej propagandzie, aby głosowali na siły prorosyjskie. Rosjanie stworzyli w Armenii całą sieć stron internetowych i botów, które podszywają się pod armeńskie, ale promują prorosyjską agendę i straszą wojną w razie zwycięstwa sił proeuropejskich.
Ruben Mehrabian uważa, że Armenia żyje obecnie w warunkach wojny hybrydowej ze wszystkimi jej elementami:
Obecny jest komponent dezinformacyjny, element presji dyskursywnej ze strony oficjalnych struktur Rosji, aktywizacja rosyjskiej agentury wewnątrz Armenii i, oczywiście, dźwignie ekonomiczne. Spodziewamy się również, że Rosja nie zawaha się przed użyciem narzędzi dywersyjno-terrorystycznych, z których często korzystała, także w Armenii. Przykładem jest zamach terrorystyczny w parlamencie w 1999 roku.
Rzeczywiście podejmowana jest próba wpłynięcia na wynik wyborów przez sprowadzanie Ormian z Rosji. W tej sprawie toczą się już nawet postępowania karne. To, czy Rosjanom uda się wywrzeć wpływ, zależy od jakości działań naszych organów bezpieczeństwa.
Jednocześnie Rosja stawia na siły polityczne w Armenii, które promują jej interesy i chcą blokować drogę kraju do UE. Są to na przykład blok „Silna Armenia”, na którego czele stoi rosyjski miliarder pochodzenia ormiańskiego Samwel Karapetian, blok „Armenia”, kierowany przez byłego prezydenta i osobistego przyjaciela Putina Roberta Koczariana, oraz partia Gagika Carukiana Kwitnąca Armenia, będąca partnerem rządzącej w Rosji partii Jedna Rosja.

Ruben Mehrabian uważa te partie i bloki nie za siły prorosyjskie, lecz za rosyjskich najemników i rosyjskie proxy, karmione przez Putina.
Byłyby prorosyjskie, gdyby miały armeńską agendę, jakieś cele służące dobru Armenii, osiągane przez zbliżenie z Rosją. Ale one tego nie mają. Wspierają je głównie urażeni beneficjenci przedrewolucyjnej dyktatury kryminalnej, którzy w istocie byli rosyjskimi protegowanymi, albo robią to po prostu za rosyjskie pieniądze.
Jednocześnie Ruben Mehrabian jest przekonany, że Armenia nie musi obawiać się realnego zagrożenia militarnego ze strony Rosji:
Jak powiedziałby Trump, Rosja nie ma kart. Los nas oszczędził, bo nie mamy wspólnej granicy z Rosją. Jeśli wcześniej Rosji udawało się przez dziesięciolecia instrumentalizować nasz nierozwiązany konflikt z Azerbejdżanem i wykorzystywać go jako dźwignię nacisku na Armenię, to teraz, gdy traktat pokojowy między Armenią a Azerbejdżanem został już parafowany, ten czynnik zniknął.
Rosja nie może wywierać na nas presji militarnej. Nie znosi to jednak zagrożenia aktami dywersyjno-terrorystycznymi z jej strony. Obecnie nasze służby specjalne są jednak w dość dobrej formie i będą temu przeciwdziałać. Ponadto po porażce w wojnie z Azerbejdżanem Armenia poważnie zreformowała i zmodernizowała swoją armię. Mamy obronę przeciwlotniczą, drony i różnego rodzaju inną broń. Bo nawet róża ma kolce, żeby nie zjadły jej osły. A prowokacyjne wypowiedzi rosyjskiego i białoruskiego dyktatora tylko wzmocniły naszą jedność oraz przekonanie społeczeństwa o słuszności europejskiej drogi.
Andruś Hajowy








