Niemieckie władze oświadczyły, że za próbą ataku na ukraiński samolot transportowy na lotnisku w Lipsku stoją rosyjskie struktury państwowe, i zapowiedziały zamknięcie konsulatu generalnego Federacji Rosyjskiej w Bonn. Moskwa zaprzecza wszystkim zarzutom, a Dmitrij Miedwiediew zaczął grozić bezpośrednimi atakami na niemieckie zakłady zbrojeniowe i „inne miejsca w Berlinie”. Tymczasem śledczy ustalili tożsamość dwóch domniemanych uczestników operacji. Obaj mają rosyjskie paszporty.
W skrócie:
- Na lotnisku w Lipsku i w jego okolicy wykryto drony z materiałami wybuchowymi oraz infrastrukturę służącą do sterowania nimi
- Domniemanym celem ataku był ukraiński samolot transportowy stacjonujący w Lipsku
- Śledczy zidentyfikowali domniemanego wykonawcę i instruktora ataku – obaj mają rosyjskie paszporty
- Niemcy oskarżyły rosyjskie struktury państwowe o przygotowanie ataku na lotnisku w Lipsku
- Podjęto decyzję o zamknięciu rosyjskiego konsulatu w Bonn oraz Domu Rosyjskiego w Berlinie
- MSZ Rosji uznało zarzuty za „niepoparte dowodami”, a Dmitrij Miedwiediew zaproponował już zbombardowanie Berlina
Celem ataku był ukraiński samolot
Wieczorem 4 sierpnia 2026 roku pracownik lotniska Lipsk/Halle znalazł drona z ładunkiem wybuchowym w rejonie południowego pasa startowego. Jak później ustalili śledczy, o godz. 19.30 dron uderzył w skrzydło zaparkowanego na lotnisku ukraińskiego samolotu transportowego, odbił się i spadł na ziemię, a detonator nie zadziałał. W chwili ataku samolot był pusty, jednak dzień wcześniej przewoził amunicję dla Ukrainy.

Około dziesięciu minut wcześniej świadkowie zgłosili wybuch w rejonie Kursdorfu, tuż obok lotniska. Później śledczy natrafili tam na ślady spalenizny i fragmenty metalu. Według jednej z wersji w tym miejscu mógł wybuchnąć jeszcze jeden dron. Nieco dalej znaleziono antenę przywiązaną do drzewa, która prawdopodobnie służyła do wzmacniania sygnału sterującego dronami.
Dziesięć dni później kolejny dron znaleziono na polu w gminie Kabelsketal, na zachód od lotniska. Ponadto według informacji „Die Zeit”, kilka kilometrów od lotniska Lipsk/Halle śledczy znaleźli zamaskowaną skrytkę w ziemi. W środku pozostały fragmenty kabla. Przypuszczają, że skrytka mogła służyć do przechowywania materiałów wybuchowych i części dronów.
Zidentyfikowani na podstawie DNA
Na zabezpieczonych dowodach rzeczowych śledczy znaleźli ślady DNA. Porównanie z europejskimi bazami danych ujawniło tropy prowadzące m.in. na Litwę i do Finlandii.
Obecnie pojawiają się informacje o dwóch osobach podejrzanych o zorganizowanie ataku na lotnisko w Lipsku. Jedną z nich jest Białorusin, który ma również rosyjski paszport. Wjechał do strefy Schengen na podstawie włoskiej wizy turystycznej, wydanej pod koniec kwietnia przez placówkę dyplomatyczną Włoch w Mińsku.
Drugi podejrzany ma paszporty Łotwy i Rosji, a według ustaleń śledztwa mógł pełnić funkcję koordynatora logistyki lub instruktora. Przypuszczalnie przyleciał do Berlina pod koniec lipca, a następnie wynajętym samochodem udał się do Saksonii. Kilka dni przed atakiem mężczyzna opuścił Niemcy.
Berlińskie biuro ARD poinformowało, że śledczym udało się ustalić jego tożsamość. Według dziennikarzy mężczyzna mógł być powiązany z jedną z rosyjskich służb specjalnych.
Jak dotąd nie udało się zatrzymać podejrzanych. Co więcej, niemieccy śledczy sceptycznie oceniają szanse na ich schwytanie.
Berlin: za atakiem stoi Rosja
Początkowo niemieckie władze bardzo ostrożnie mówiły o możliwym zagranicznym tropie. Jednak 1 września rząd federalny oficjalnie oświadczył, że odpowiedzialność za próbę ataku ponosi Rosja.
Według ministra spraw wewnętrznych Alexandra Dobrindta wykorzystane komponenty, materiały wybuchowe i system detonacji są już znane z innych domniemanych rosyjskich operacji hybrydowych oraz z wojny przeciwko Ukrainie. Zaznaczył, że informacje wywiadowcze wskazują również na osoby działające na zlecenie rosyjskich struktur państwowych.
W ocenie Dobrindta przygotowanie operacji wymagało wysokiego poziomu wiedzy technicznej oraz znacznego wysiłku organizacyjnego. Jednocześnie niemieckie władze zaliczają bezpośrednich sprawców do tzw. agentów jednorazowych, czyli osób, które zostały zwerbowane do wykonania konkretnego zadania, aby ukryć związek operacji ze służbą specjalną.

Po tych oskarżeniach Berlin podjął szereg działań. Rosyjskiego ambasadora wezwano do niemieckiego MSZ, a rosyjski konsulat generalny w Bonn nakazano zamknąć do 18 września. Szef niemieckiej dyplomacji Johann Wadephul oświadczył, że władze nie mają pewności, czy z budynku konsulatu nie jest prowadzona działalność mogąca zagrozić bezpieczeństwu Niemiec.
Niemcy postanowiły ponadto zakończyć obowiązywanie porozumienia, na podstawie którego działa Dom Rosyjski w Berlinie, i będą dążyć do nałożenia dodatkowych sankcji UE na rosyjskich obywateli i organizacje. Planują też zaostrzyć ograniczenia wjazdu dla niektórych kategorii obywateli rosyjskich.
Putin: „A gdzie dowody? No właśnie, podrzucono dowody”
Jako jedno z pierwszych na zarzuty Niemiec zareagowało rosyjskie MSZ. Rzeczniczka resortu Maria Zacharowa określiła oświadczenia strony niemieckiej jako „niepoparte dowodami” i twierdziła, że Niemcy wykorzystały incydent w Lipsku jako pretekst do podjęcia dawno zaplanowanych działań przeciwko Rosji – zamknięcia konsulatu generalnego w Bonn i zakończenia działalności Domu Rosyjskiego w Berlinie. Obiecała Niemcom „godną odpowiedź”. Już następnego dnia do rosyjskiego MSZ wezwano chargé d’affaires a.i. Niemiec Bernda Finkego.

Zarzuty Niemiec skomentował również Władimir Putin. Zapytano go o to w Biszkeku, podczas końcowej konferencji prasowej po szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Putin zaprzeczył udziałowi Rosji w tych wydarzeniach i powiązał działania Berlina z wewnętrznymi problemami Niemiec: zamykaniem przedsiębiorstw, utratą miejsc pracy oraz trudną sytuacją rządu Friedricha Merza. Na pytanie o dowody Putin odpowiedział: „A gdzie dowody? No właśnie, podrzucono dowody”. Nazwał też politykę Berlina błędem sprzecznym z interesami narodu niemieckiego.
Najostrzej zareagował Dmitrij Miedwiediew. Wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa nazwał dywersję „zmyśloną” i stwierdził, że przy obecnej polityce władz Niemcy rzekomo zasługują na „bezpośredni atak na wszystkie niemieckie zakłady produkujące sprzęt wojskowy”, które dostarczają uzbrojenie Ukrainie. Dodał przy tym: „A całkiem prawdopodobne, że także na niektóre inne miejsca w Berlinie”.
Oficjalne źródła rosyjskie i białoruskie przytoczone w niniejszym tekście służą wyłącznie celom informacyjnym. Treści pochodzące z tych źródeł mogą stanowić dezinformację lub propagandę.








