Gdy tylko między Rosją a jej partnerami pojawiają się polityczne napięcia, Kreml sięga po dwa sprawdzone narzędzia nacisku: surowce energetyczne — z nagle zmienianymi cenami i warunkami dostaw — oraz kontrolę sanitarną, która nieoczekiwanie wykrywa zagrożenie w produktach zbyt krnąbrnego sojusznika. W różnych okresach za niebezpieczne dla Rosjan uznawano wina z Gruzji i Mołdawii, mandarynki z Abchazji, słodycze z Ukrainy oraz mleko z Białorusi. Teraz „nieprawidłowości” znaleziono w armeńskich koniakach i wodzie mineralnej.
W skrócie:
- Rosyjska służba sanitarna uznała koniak i wodę mineralną z Armenii za niebezpieczne. Zakaz objął produkty powiązane z biznesmenami z otoczenia premiera Armenii Nikola Paszyniana.
- Rosja od lat wykorzystuje Rospotriebnadzor wtedy, gdy chce wywrzeć presję na partnerów. Urząd znajduje „naruszenia” w produktach, których eksport do Rosji ma dla danego państwa krytyczne znaczenie.
- W różnych latach Rosja prowadziła wojny handlowe z Mołdawią, Gruzją, Ukrainą i Białorusią.
- Ekonomista: wiele państw przestrzeni postsowieckiej jest krytycznie uzależnionych od rynku rosyjskiego. Już dawno powinny przeprowadzić „derusyfikację” gospodarki.
Ukarać za politykę
Rospotriebnadzor [(Federalna Służba ds. Ochrony Praw Konsumentów i Dobrostanu Człowieka – red.] wykrył nieprawidłowości w produktach z Armenii dokładnie wtedy, gdy Erywań zaczął aktywnie zacieśniać dialog polityczny z Unią Europejską, a premier Nikol Paszynian demonstracyjnie odmówił udziału w paradzie u Władimira Putina. Po spotkaniu Putina i Paszyniana w Moskwie, podczas którego premier Armenii przypomniał, że w jego kraju „panuje demokracja” i nikt nie blokuje Internetu, rosyjskie organy sanitarne nagle znalazły naruszenia w armeńskim koniaku i wodzie mineralnej dostarczanych do Rosji.
Pod szczególną lupę organów kontrolnych trafiła Proszjańska Wytwórnia Koniaku. Okazało się, że sprzedaż koniaków tego producenta w Rosji jest kategorycznie zakazana: w napojach mają znajdować się alkohole niepochodzące z winogron. Uruchomiono już procedurę, która może zakończyć się cofnięciem licencji. W samym zakładzie twierdzą jednak, że nie otrzymali żadnych oficjalnych zawiadomień. Wybór obiektu kontroli trudno uznać za przypadkowy: właściciela zakładu, Aszota Badaljana, w Armenii nazywa się „osobistym portfelem” Paszyniana.
Drugi cios spadł na wodę mineralną Dżermuk, wyprodukowaną między 23 października 2025 roku a 17 lutego 2026 roku. Powodem zakazu miała być rzekomo podwyższona zawartość wodorowęglanów, która — według Rospotriebnadzoru — może szkodzić zdrowiu.
Sprzedaż wody wstrzymano, a ograniczenia objęły około półtora miliona butelek. Ta marka już wcześniej miała problemy z rosyjskimi organami nadzoru. W lutym 2024 roku w niektórych butelkach rzekomo wykryto ocet zamiast wody mineralnej, co doprowadziło do czasowego wstrzymania sprzedaży na terytorium Rosji. I zupełnie przypadkowo stało się to półtora tygodnia przed tym, jak premier Armenii Nikol Paszynian ogłosił „zamrożenie” członkostwa republiki w Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB). Zakład produkujący wodę mineralną w Dżermuku należy do rodziny Arsenjanów — biznesmenów uważanych za bliskich obecnemu premierowi.
Teraz rosyjskie władze informują już o kolejnych naruszeniach przy dostawach armeńskiej produkcji rolnej i zapowiadają „wzmocnienie kontroli fitosanitarnej” na granicy. Według raportu Rossielchoznadzoru od początku roku wykryto 146 przypadków zakażenia armeńskich owoców i warzyw groźnymi owadami oraz bakteriami. W tym czasie do Rosji dostarczono 16,3 tys. ton towarów. Dla armeńskich eksporterów owoców to zła wiadomość tuż przed szczytem sezonu dostaw. Rynek rosyjski pozostaje kluczowy dla sektora rolnego Armenii: odpowiada za około połowę eksportu produktów rolnych, a w sezonie trafia tam nawet do 90% armeńskich owoców.
Jarosław Romanczuk, prezes Międzynarodowego Instytutu Wolności na Ukrainie, ekonomista:
Bez wątpienia Rosja używa jako broni także swoich norm sanitarnych i celnych. Stąd pojęcie „weaponizacji” — sytuacji, w której bronią staje się coś, co pozornie nią nie jest. Rosja od dawna „weaponizuje” handel z innymi państwami, dlatego obserwujemy wojny energetyczne, mięsne czy mleczne. Działa to wobec krajów o autorytarnym lub oligarchicznym ustroju, gdzie władza albo główni aktorzy gospodarczy są powiązani z określonym rynkiem i to oni wyznaczają kierunek rozwoju całej gospodarki.
Wezwijcie sanitariuszy
Do wywierania presji handlowej na partnerów Rosja wykorzystuje Federalną Służbę Nadzoru w Sferze Ochrony Praw Konsumentów i Dobrobytu Człowieka, czyli Rospotriebnadzor. Formalnie jej zadaniem jest kontrola przestrzegania przepisów przez biznes, sprawdzanie jakości towarów i usług, prowadzenie badań laboratoryjnych, a także profilaktyka i zwalczanie chorób zakaźnych. Podobne instytucje działają w wielu państwach świata. Nie wszędzie jednak kontrola sanitarna tak łatwo staje się instrumentem polityki.
Rosja zwykle prowadzi wojny handlowe według tego samego scenariusza. Gdy tylko w Moskwie zauważają, że państwo uznawane za część rosyjskiej strefy wpływów zaczyna prowadzić bardziej samodzielną politykę zagraniczną, mówi o zbliżeniu z Unią Europejską albo po prostu wymyka się spod politycznej kontroli, uruchamiany jest mechanizm presji gospodarczej.
Najpierw pojawia się szantaż energetyczny: groźby podniesienia cen ropy i gazu, rewizji warunków kontraktów albo ograniczenia dostaw. Potem na scenę wchodzą rosyjskie służby sanitarne i fitosanitarne. Całkiem przypadkiem znajdują groźne bakterie, niewłaściwy skład albo nieodpowiednie opakowanie akurat w tych produktach, dla których rynek rosyjski ma znaczenie krytyczne. I z dnia na dzień zakazują dostaw, doskonale wiedząc, że natychmiastowa dywersyfikacja eksportu jest niemożliwa.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat ten mechanizm stosowano wielokrotnie — od Gruzji i Mołdawii po Białoruś i Armenię. Formalnie zawsze chodziło wyłącznie o troskę o zdrowie Rosjan. Tyle że zadziwiająco często sanitarna czujność rosyjskich urzędów zaostrzała się dokładnie wtedy, gdy Moskwa wchodziła w polityczny spór z partnerami.
Wojna mandarynkowa z Abchazją
Pod koniec 2004 roku Rosja nagle wstrzymała przepływ produktów rolnych z Abchazji, przede wszystkim mandarynek — głównego towaru eksportowego republiki. Decyzję tłumaczono „względami sanitarnymi”. Według nieoficjalnej wersji w Moskwie byli niezadowoleni z wyników wyborów prezydenckich, w których zwyciężył Siergiej Bagapsz, pokonując faworyta Kremla Raula Chadżimbę. Wkrótce, przy pośrednictwie Rosji, polityczni rywale uzgodnili przeprowadzenie nowych wyborów i wystartowali w nich już jako jeden tandem — kandydaci na prezydenta i wiceprezydenta. Po tym granica dla abchaskich mandarynek ponownie się otworzyła.
Wojna rybna z Łotwą
W październiku 2006 roku Rosja zakazała importu konserw rybnych z Łotwy, powołując się na wykrycie podwyższonej zawartości benzo[a]pirenu. Stało się to na tle sporów terytorialnych: Ryga zgłaszała roszczenia do rejonu pytałowskiego w obwodzie pskowskim. Sytuację uregulowano na początku 2007 roku, gdy strony doszły do porozumienia w sprawie traktatu granicznego. Straty łotewskich dostawców szacowano na 10–20 mln dolarów.
Wojna winiarska z Gruzją
Wiosną 2006 roku Rospotriebnadzor zakazał importu do Rosji wina i wody mineralnej z Gruzji, wskazując na ich rzekomą niezgodność z normami sanitarnymi. Ograniczenia objęły znaczną część eksportu, który tradycyjnie był ukierunkowany na rynek rosyjski.
Decyzja zbiegła się z ostrymi wypowiedziami prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego o możliwym wystąpieniu z WNP oraz wycofaniu zgody Gruzji na przystąpienie Rosji do WTO. Na początku 2013 roku, po zwycięstwie opozycji w wyborach parlamentarnych, nowe gruzińskie władze uzgodniły wznowienie dostaw.
Wojna winiarska z Mołdawią
Latem 2005 roku, w atmosferze zaostrzenia sytuacji wokół Naddniestrza, Kiszyniów wzmocnił kontrolę nad działalnością zagraniczną regionu, a Ukraina zaczęła przepuszczać ładunki tylko po dokonaniu mołdawskiej odprawy celnej. W Tyraspolu uznano te działania za blokadę gospodarczą.
W odpowiedzi Moskwa najpierw przestała wydawać znaki akcyzy mołdawskim dostawcom wina, dla których Rosja odpowiadała za 85% rynku zbytu, a następnie Rospotriebnadzor wprowadził oficjalny zakaz importu wina i surowców winiarskich z Mołdawii. Częściowo zniesiono go w lipcu 2007 roku, całkowicie — w lipcu 2009 roku. Straty mołdawskich winiarzy wyniosły 180 mln dolarów.
„Mleczna wojna” z Białorusią
W czerwcu 2009 roku Rosja wprowadziła ograniczenia na dostawy około 500 rodzajów białoruskich produktów mlecznych, powołując się na ich niezgodność z nowymi regulaminami technicznymi. Dla białoruskich producentów był to cios poniżej pasa: z 6 mln ton mleka przetwarzanego wówczas przez kraj 4 mln ton trafiały na eksport do Rosji.
Zakaz pojawił się po tym, jak Alaksandr Łukaszenka wznowił relacje z Unią Europejską: UE zniosła ograniczenia wizowe wobec białoruskich urzędników, a sankcje wobec białoruskich przedsiębiorstw; Łukaszenkę zapraszano do europejskich stolic, a zagraniczni politycy przyjeżdżali do Mińska z pieniędzmi MFW. W maju 2009 roku Białoruś została włączona do unijnego programu Partnerstwa Wschodniego.
W odpowiedzi na rosyjskie decyzje Mińsk demonstracyjnie zbojkotował szczyt ODKB w Moskwie, którego kluczowym tematem było utworzenie Kolektywnych Sił Operacyjnego Reagowania.
Po kilku dniach napięcie opadło, a białoruskie produkty mleczne wróciły na rosyjski rynek. Od tamtego czasu jednak „mleczne zaostrzenia” w relacjach dwustronnych powracają okresowo.
„Serowa” i „czekoladowa” wojna z Ukrainą
Szczyt presji handlowej na Ukrainę przypadł na lata 2012–2014, gdy Kijów prowadził negocjacje z UE i przygotowywał się do podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską.
Od 2012 roku Rospotriebnadzor rozpoczął serię kontroli ukraińskich serów, twierdząc, że zamiast surowca mlecznego mogą być w nich stosowane tłuszcze roślinne. Rosyjscy inspektorzy jeździli nawet do ukraińskich zakładów, lecz oleju palmowego w produktach nie znaleźli. Pod koniec 2014 roku import ukraińskich serów do Rosji został całkowicie zakazany.
W 2013 roku Rosja rozpętała „wojnę czekoladową” przeciwko firmie Roshen, której właściciel, Petro Poroszenko, aktywnie opowiadał się za integracją Ukrainy z Unią Europejską. W słodyczach wykryto niebezpieczne substancje, a ukraiński producent faktycznie stracił jeden z największych rynków zewnętrznych, na który wcześniej przypadała znacząca część eksportu firmy. Do kontroli jakości produktów ukraińskiej korporacji skłoniono także partnerów Rosji z WNP — Białoruś, Kazachstan, Tadżykistan i Mołdawię. Jednolitego frontu nie udało się jednak stworzyć: w tych państwach zastrzeżeń do ukraińskich słodyczy nie zgłoszono.
Jarosław Romanczuk, prezes Międzynarodowego Instytutu Wolności na Ukrainie, ekonomista:
Wiele państw postsowieckich jest krytycznie uzależnionych od Rosji. W rzeczywistości same wkładają głowę w tę rosyjską paszczę. Rosja wykorzystuje nie tylko ogólną zależność gospodarczą, lecz później także ludzi, którzy byli jej ekonomicznymi insiderami, do wywierania innego rodzaju wpływu w tych krajach — gdy trafiają oni do struktur zarządzania albo do resortów siłowych. Widzimy to teraz w Gruzji, w państwach Azji Centralnej, a do niedawna to samo działo się w Armenii.
Uważam, że państwa takie jak Armenia czy Białoruś powinny przeprowadzić derusyfikację handlu. Nie tylko w sferze tradycyjnych towarów, lecz także w energetyce i strategicznych sektorach gospodarki. Powinny stopniowo przyjmować europejskie standardy i próbować działać na tych rynkach.








